O Świecie Lodu i Ognia przemyśleń kilka

 

  1. Klimat i demografia

Gra o tron czy raczej Pieśń Ognia i Lodu weszła już do klasyki literatury fantasy, a serial na jej podstawie stał się na tyle popularny, że jest rozpoznawany nawet przez zupełnych fantastycznych laików. Jednak Westoros i całe uniwersum Lodu i Ognia jest bardziej złożone, niż mogłoby się to na pierwszy rzut oka wydawać. Postaram się tutaj podzielić paroma uwagami, które są wynikiem zarówno moich przemyśleń, jak i informacji, które zdobyłem czytając dyskusje na forum „Lód i Ogień”. Nie znam niestety „Świata Lodu i Ognia” więc pewne kwestie, które tu poruszę, mogą być tam dokładniej objaśnione, ale kiedyś postaram się nadrobić tę zaległość.

Na początku wart podkreślić, że Westeros jest duże. George rr Martin wspomniał, że łącznie z terenem za murem jest mniej więcej wielkości Ameryki Południowej i obliczenia sporządzone na podstawie mapki zdają się to potwierdzać. W filmie kontynent ten uległ poważnemu zmniejszeniu i jeśli pamięć mnie nie myli, to Eddard mówił, że podróż z Winterfell do Królewskiej Przystani zajmowała dwa tygodnie, co było wyczynem iście nieprawdopodobnym biorąc pod uwagę jako wolno musiała się poruszać świta Roberta.  Serial był i pod innymi względami był też dosyć dziwaczny, ale zajmiemy się tym kiedy indziej.

Co jednak wynika z powyższego? To, że prowincje zarządzane przez poszczególnych lordów są wielkości europejskich krajów. By sobie to uzmysłowić, wystarczy porównać Południe z Europą Zachodniej, Północ z Europą Środkową ze Skandynawią, a Zamurze wielkością dorównuje europejskiej części Rosji. To nie jest dokładne porównanie, ale pozwala sobie uzmysłowić skalę w jakiej rozgrywają się wydarzenia omawianego cyklu. Nie dziwią więc armie liczące po kilkadziesiąt tysięcy ludzi, skoro na przykład domena Tullych jest wielkości powiedzmy Bawarii. Rozmiar kraju jest też widoczny gdy prześledzimy w jakim czasie rozgrywały się wydarzenia opisane na łamach powieści. Mniej więcej każdy tom dział się w okresie jednego roku, za wyjątkiem dwóch ostatnich, które zajmowały częściowo te same ramy czasowe. Nie powinno więc na dziwić, że pomiędzy niektórymi rozdziałami mijały całe miesiące. Warto też dodać, że zgodnie szacunkami, nie rozgrywały się one chronologicznie, tak więc ślub Khala Drogo i Daenerys odbył się jakiś czas po przybyciu Roberta  do Winterfell.

Trudniej oszacować rozmiary Essos i tu bardzo przydałaby się Świat Ognia i Lodu. Na pewno można je podzielić na tak zwany „Bliski  Wschód”, który obejmuje Wolne Miasta i wschód daleki czyli prawdziwie egzotyczne kraje takie jak Quarth czy Yi Ti,  oddzielone od cywilizacji przez Vaes Dothrak. Wiemy, że Wolne Miasta są w większej części gęściej zaludnione i bardziej zurbanizowane niż zachodni kontynent. Nie uświadczymy w ich pobliżu zbyt wielu kniei takich jak Królewski Las, za wyjątkiem może Quohoru i Ibden. Jednak nawet one  poczynają się wyludniać.  Widać to w rozdziałach Tyriona, który mija ruiny niegdyś zasiedlone przez mieszkańców  Wolnych Miast i Rohnarów. Choć wiele z nich pochodzi z czasów panowania Valyrii to inne powstały niedawno. Przyczyną owego spustoszenia są Dothrakowie. Rolą jaki ten lud odgrywa w kształtowaniu się sytuacji międzynarodowej opiszę w innym tekscie.

Rzeczą chyba najbardziej charakterystyczną dla Westeros jest tamtejszy klimat. Choć na pozór główny kontynent na którym rozgrywa się akcja cyklu nie różni się pod tym względem istotnieod Europy, to jednak jedna znacząca cecha czyni go unikatowym. Tamtejsze lata trwają wiele „roków” i zimy osiągają podobną długość. Wpływa to w widoczny sposób na mentalność ludności Westeros, jak i jego ekonomię. W Starciu Królów  Sir Rodric negocjuje z lordami Północy jaką część jesiennych powinno się przechowywać na nadchodzącą zimę. Zgodnie ze zwyczajem powinna to być 1/4 jesiennych zbiorów (a tych jest przecież kilka bo w książce jesień trwa około dwóch roków, może nawet dwóch i pół), choć nawet znający dobrze najstraszniejszą porę roku władcy największej z prowincji Westeros  woleli zachować część nadwyżek, nie bacząc na grozę zimy. Było to być może spowodowane  tym, że lordowie, choć świadomi tego, że w porównaniu z panami południa byli bardzo biedni, to wiedzieli, że ich prowincja uniknęła znacznej części zniszczeń wywołanych wojną domową, przynajmniej do czasu najazdu Żelaznych Ludzi, i być może liczyli na znaczne zyski z handlu żywnością po zawarciu pokoju. Uzmysławia nam to z jednej strony jak wielkich środków potrzeba było do przetrwania zimy, a jednocześnie pokazuje nam, jak wielki zysk czerpano z handlu zbożem, skoro nawet lordowie północy byli gotowi zaryzykować i przechowywać 1/5 zbiorów dla kilku jeleni więcej.

Ważnym aspektem funkcjonowania Westeros jest fakt, że tamtejsze pory roku nie są przewidywalne. W gruncie rzeczy nigdy nie wiadomo kiedy rozpocznie się zima, lub kiedy się ona zakończy. Ma to wielki wpływ na ugruntowanie strachu przed zimą, bowiem nigdy nie wiadomo co przyniosą następne miesiące. Maesterzy ogłaszają wprawdzie koniec lata i początek zimy i najpewniej jej zakończenie, lecz nie dysponujemy informacjami o tym, by byli w stanie przewidzieć trwanie którejkolwiek z pór roku. Ta niepewność stała się  częścią egzystencji mieszkańców kontynentu. Bywały okresy szczególnie sprzyjające, jak choćby ten poprzedzający akcję powieści, gdzie trwające dziewięć roków lato było poprzedzone krótką, niemal nieodczuwalną zimą. Ludzie dorastający podczas tego okresu byli nazywani z wyższością dziećmi lata, bowiem nie zaznali prawdziwych trudów życia.  Znamiennym wydaje się fakt, że ten szczególnie łaskawy okres przypadł  na panowanie Roberta Bartheona, pierwszego tego imienia. Nie mamy wprawdzie dowodów, aby długość pór roku była w jakikolwiek sposób  powiązana z potęgą śmiertelnych władców lub ich szeroko rozumianą skutecznością, ale jednak w pewnych innych aspektach (na przykład mocy zrodzonych za ich sprawą smoków albo efektywności magii krwi wykorzystującej ich energię życiową), miało to znaczenie  Nieznajomość realnego czasu trwania lata lub zimy wprawdzie nie powstrzymywała Lordów przed przeprowadzaniem działań militarnych, lecz nic nie było w stanie odsunąć mrocznego widma wiszącego nad mieszkańcami kontynentu, wśród których ciągła obawa przed ponownym nastaniem długiej nocy wisiała nieustannie niczym ostrze topora nad skazańcem.

Paradoksalnie jednak, szczegóły dotyczące funkcjonowania klimatu Westeros pozostają dla nas tajemnicą. Na przykład nie wiemy w jaki sposób udaje się mieszkańcom tego kontynentu przetrwać trwającą wiele roków zimę. Samo gromadzenie zapasów nie wystarczy. Przecież istniały ograniczone możliwości przechowywania pożywienia, także mąki i zboża, która nawet w sprzyjających warunkach traci po jakimś czasie zdatność do spożycia. Samym zbożem zresztą człowiek też nie przeżyje, ryzykuje bowiem szkorbut lub inne poważne choroby wynikające ze złej diety. Nawet samo znalezienie miejsca dla tak wielkich ilości żywności nie jest proste. Wymaga budowania ogromnych spichlerzy i podobnych konstrukcji. Jednak to, przed jakimi problemami stają ludzie jest niczym w porównaniu z tym, co czeka dzikie zwierzęta i rośliny.  Niedźwiedź aby przetrwać ledwie kilka miesięcy hibernacji, musi przez resztę roku niemal nieustannie jeść, a i tak potem traci niemal połowę swej wagi. Jak przetrwałby  więc  zimę trwającą kilka lat? Lato tylko pozornie jest porą łagodniejszą dla środowiska naturalnego. Ekosystemy klimatu umiarkowanego są przystosowane do regularnie zmieniających się pór roku. Umożliwiają one bowiem wzrost kolejnym pokoleniom roślin, które nie byłyby w stanie rozwijać się na zarośniętych terenach.

Jak wyżej widzimy, funkcjonowanie pór roku w Westeros powoduje wiele komplikacji. Gdyby zastosować tu brzytwę Okchama to po prostu należałoby przyjąć, że wymyślony przez Martina świat nie ma sensu, ale takie rozwiązanie jest nudne i niegodne prawdziwego fana. Jak więc można rozwikłać ten problem? Sam skłaniam się ku teorii „Małych i Dużych Pór Roku, którą poznałem na forum Lód i Ogień. Mówi ona o tym, że Zima i Lato w rozumieniu westerowskim to w istocie po prostu długie okresy ocieplenia podczas których istnieją w ograniczonym  zakresie zwykłe zimy i lata. Potwierdzenie tej tezy można znaleźć w materiale źródłowym, na przykład w pierwszym rozdziale brana gdy wokół leży śnieg, a przecież  nawet w Tańcu ze Smokami jest mowa o zbieraniu plonów i to  nawet w odległym Karholdzie. Ta teza wydaje się tłumaczyć wszelkie kontrowersje związane z klimatem panującym na kontynencie, na którym rozgrywa się większość akcji sagi.

Nie wiemy co powoduje takie wahania temperatury, choć można się domyślić, że mają one związek z Długą Nocą i inwazją innych. Co ciekawe, nie mamy pojęcia czy podobne zjawisko klimatyczne panuje w innych rejonach świata. W rozdziale Tyriona, gdy gości w Pentos, jest wprawdzie wspomniane, że na drzewach nie ma już liści, ale Dany ani razu nie słyszy narzekań czy rozmyślań związanych z zimą, grozą z nią związaną i koniecznością zabezpieczenia zbiorów, choć pewne mity, zwłaszcza wywodzące się z kultu Rhilora, przypominają te dotyczące Innych opowiadane w Westeros.

Poza tym można stwierdzić, iż Westeros zazwyczaj charakteryzuje się raczej przyjaznym człowiekowi środowiskiem naturalnym. Znajduje się tam jedna, stosunkowo niewielka pustynia, zajmująca wprawdzie dwie trzecie Dorne, ale nie stoi ona na przeszkodzie rozwoju bogatej kultury dornijskiej, a nawet w pewnym stopniu jej sprzyja. Spośród czterech głównych łańcuchów górskich najważniejszye są Góry Księżycowe zajmujące znaczny obszar Doliny. Jest to obszar dziki i tylko pozornie ujarzmiony, na terenie którego żyją dzikie plemiona o odrębnej strukturze społecznej, które wyznają innych bogów i że nadal poważnie dają się we znaki Arynom. Góry Dornijskie są najpewniej główną przyczyną istnienia pustyni w Dorne, oraz miejscem zamieszkania skalnych dornijczyków najbliżej spokrewnionych z Andalami. W tamtej okolicy toczą się też liczne walki między poddanymi Tyrelów i Martelów. Ostatnie wielkie pasmo górskie rozciąga się na północnym zachodzie Północy i sięga aż zza Mur. Ten łańcuch, którego nazy nie mogę sobie przypomnieć, jest dosyć słabo opisany, choć wędrują przezeń  Bran ze swoją świtą. Żyją tam górale i kilka pomniejszych rodów, które koniec końców służyły w armii Stanisa. Mniej więcej w połowie tego łańcuchu wznosi się Mur i Wieża Cieni  oraz znajduje się Wielka Rozpadlina stanowiąca dodatkową ochronę przed Dzikimi i Innymi. Cały teren będący domeną Lanisterów zwany Westlandem jest pokryty górami, pełnymi bogactw naturalnych, w tym przede wszystkim złota. Jest to chyba najbardziej tajemniczych z krain bowiem nie miał tam miejsca żaden rozdział, mimo, że wywodzi się stamtąd wielu bohaterów Sagi. Pomniejsze rejony górskie to niewielki obszar na ziemiach Boltonów zwany Samotnymi Wzgórzami, oraz góry w pobliżu Torchen Square, na północ od Barrowlands, o których jednak prawie nic nie wiem, choć patrząc na mapę można tam ujrzeć kilka dużych jezior będących źródłem paru rzek zasilających przesmyk. Nie jestem pewien, czy góry znajdujące się na zachód od Przylądku Gniewu możemy zaliczać do Gór Dornijskich, ale dla uproszczenia przyjąć, że tak

Jak wspomniałem, jeśli nie liczyć wyjątkowo długich zim, klimat Westeros jest bardzo przyjazny i zapewne to było przyczyną licznych inwazji jakie przeżywał ten kontynent. Kontynent ten posiada Trzy główne systemy rzeczne to obszar Tridentu, drugi to okolice Czarnego Nurtu i wreszcie Mander. Te trzy rejony żywią największe miasta Westeros, choć tylko Królewska Przystań znajduje nad brzegiem jednej z nich. W gruncie rzeczy można tu taj jeszcze wymienić Białą Rzekę, chyba najdłuższą na kontynencie  i znajdujący się u jej ujścia Biały Port. Dosyć istotna, choć relatywnie niewielka jest Zielona Krew, która nawadnia pustynie wschodniego Dorne,  i jest domem Sierot Rhoyne.  Rzeki nie stanowią aż tak ważnej arterii komunikacyjnej, być może ze względu na rozwój żeglugi morskiej i fakt, że wszystkie wielkie metropolie są portami umożliwiającymi handel morski na dużą  skalę. Jedynie w rozdziale sir Arysa mamy do czynienia z podróżowaniem po westerowskiej rzece, choć jeśli mnie pamięć nie myli, nie doszło nawet do wejścia na statek. Dosyć specyficznym miejscem jest Przesmyk. Te ogromne bagna oddzielają Północ od Południa. Szczerze mówiąc, jedyny podobny region istniejący w naszym świecie są bagna Everglades, czy te znajdujące się w Luizjanie oraz może pewne region wysp oceanu indyjskiego. Jednak w przypadku regionu klimatu umiarkowanego jedynym podobnym  miejscem mogłyby być dawne bagna Łotwy, Litwy i Prus, lecz żadne nie były tak rozległe i niedostępne  jak te miejsce, które przedziela kontynent na dwie połowy. Władający przesmykiem ród Reedów właściwie od początku Sagi jawi nam się jako niezwykle tajemniczy i odizolowany na swych przepastnych moczarach, którego członków podejrzewa się o bycie nie całkiem ludźmi. Ciekaw jestem na ile mieszkańcy Przesmyku byli wzorowani na luiziańskich Cajunach.

Choć Westeros jest zaludnione od niemal ośmiu tysięcy lat, to ogromne jego obszary pozostają dzikie i nieujarzmione. Największy pod względem zajmowanego terenu jest Wilczy Las. Pokrywa on na oko jedną piątą Północy i jest miejscem ponurym i mrocznym. Na jego południowo wschodniej granicy znajduje się Witerfell i las ten służy Starkom od wieków jako miejsce polowań. Na wschód, na ziemiach Karstarków mieści się drugi, mniejszy, ale mimo to niezwykle rozległy. Zgodnie ze słowami Jamiego, puszcza ta jest bardzo bagnista i trudno dostępna, dlatego też Vargo Hoat chciał się tam skryć przed gniewem Lanisterów.  Królewski Las znajdujący się tuż przy Królewskiej Przystani jest osobistą domeną łowiecką królów wywodzących się zarówno z dynastii Targaryenów i Baratheonów. Jak udowodniła historia, las ten miał niespodziewane walory obronne, które zostały objawione podczas wojny pięciu królów. Żyło tam wiele dzikich zwierząt oraz grasowali rozbójnicy, tacy jak sławne Bractwo z Królewskiego Lasu, z którym tak zażarcie walczono za czasów młodości Jaimiego, jego pierwszy i jedyny prawdziwie heroiczny czyn.. Las Deszczowy zajmuje niemal całą powierzchnię Przylądku Gniewu. Nie jest to oczywiście las tropikalny, być może był wzorowany na kalifornijskich lasach w których rosną sekwoje. Czy tam można spotkać takie drzewa, trudno powiedzieć. Dwa nienazwane lasy znajdują się na zachód od Przesmyku i na północ od doliny Arynów także zajmują wielki obszar. Zastanawia mnie pierwszy z wspomnianych znajduje się w strefie wpływów błotniaków? Poza wyżej wymienionymi wielkimi puszczami niemal cały kontynent pokrywają mniejsze lasy, tym więcej im dalej na północ zawędrujemy.

Cechą charakterystyczną Westeros jest stosunkowo mała liczba miast, a te które są to w większości ogromne porty nieraz obsługujące handel obszarów wielkości całych państw.  Największa jest oczywiście Królewska Przystań. Według samego Martina miasto to jest wielkości Konstantynopola, co może oznaczać od trzystu do pięciuset tysięcy mieszkańców. Położone równo w połowie południa u ujścia jednej z głównych rzek zajmuje bardzo ważną strategiczną pozycję i jest jednym z głównych ośrodków handlu. Mimo tak dogodnego płożenia powstało ono stosunkowo niedawno, po podboju Aegona. Wcześniej największym miastem było Stare Miasto (cz też raczej miasteczko, bo w oryginale nazywa się Oldtown), w którym znajduje się Cytadela i niegdyś zasiadał Wielki Septon, nim został . Miasto to wydaje się być znacznie bardziej kosmopolityczne od Przystani, a także nieco porządniejszym. Lanisport, centrum  handlu złotem i jedyny duży port na zachodzie. Niewiele o nim wiemy, prócz tego, że zamieszkuje go wielu poślednich członków rodu Lanisterów. Biały Port, niegdyś rządzony przez boczną gałąź Starków. Teraz należy ono do rodu Manderlych, najbogatszego spośród tychna służbie starków. Wreszcie niezależne Gulltown, które podczas rebelii Roberta pozostało lojalne wobec Aerysa. Jest jeszcze Słoneczna włócznia, na mapach oznaczana jako twierdza, jest miastem, dosyć dużym i bardzo egzotycznym, nawet na tle dosyć specyficznych Dornijczyków,  jakby wyrwanym z innej kultury. Istnieje też kilka innych miast jak Kamienny Sept i Solanki, ale większość z nich jest raczej niewielka, a inne jak to powstałe na Pyke raczej są dodatkiem do  twierdz. W gruncie, pod względem funkcjonowania miast i rzeczy Westeros przypomina raczej Rzeczpospolitą Obojga Narodów niż Anglię doby Wojny Dwóch Róż.

Trudno oszacować liczbę ludności Westeros. Popularnym sposobem jest obliczanie liczby ludności na podstawie wielkości armii. Otóż, w krajach h nowożytnych uznawano, w wojsku powinno służyć przynajmniej dwa procent ludności. Oczywiście, w warunkach feudalnych liczby te były znacznie niższe i za maksymalną wartość przyjmuję 0.5 procenta ludności. Teraz przyjrzyjmy się konkretnym liczbom. Rob Stark podczas wprawy na południe zabrał ze sobą około dwudziestu tysięcy ludzi, ale nie ruszył swych rezerw bo na wojnę nie ruszyli ani poddani Reedom  Bagniacy ani górale. Ze Starcia Królów i Tańca ze Smokami możemy także się dowiedzieć, że kilka tysięcy żołnierzy opowiedziało się zarówno po stronie Stanisa, jak i Boltona. W przybliżeniu daje to nam to przynajmniej od dwóch milionów ludności przy dwóch procentach do ośmiu milionów przy pół procenta. Nawet ta druga liczba nie wydaje się zbyt wysoka, biorąc pod uwagę, że  tyle ludności posiadała Rzeczpospolita, o wiele mniejszy obszar niźli cała Północ.  Południe było o wiele gęściej zaludnione. Renly chwalił się tym, że zgromadził sto tysięcy wojska, co daje nam od pięciu do dwudziestu milionów ludzi, co jednak nie jest pewne, bowiem najmłodszy z rodzeństwa Baratheonów mógł po prostu przesadzać. Do tego warto dodać, że czerpał wojsko z dwóch najludniejszych prowincji znajdujących się w najmniej dotkniętej niestabilinością klimatu części  kontynentu.  Szacując mocno na oko, Westeros mogło liczyć może z pięćdziesiąt milionów ludzi, z czego około 80% mieszkało na południe od przesmyku, a 99% na południe od Muru. Dla kontynentu wielkości Ameryki Południowej  nie jest to dużo. Zamurze pozostaje właściwie bezludne, a reszta kontynentu także wydaje się być stosunkowo słabo zaludniona, mimo nieustannej, trwającej wiele tysięcy lat kolonizacji. Na dodatek od czasu podboju Targaryenów  nie miało miejsca zbyt wiele dużych konfliktów zbrojnych, raptem trzy, lub cztery licząc  Wojnę Pięciu Królów, to w okresie 300 lat stanowi raczej niezbyt wielką liczbę, nawet wliczając drobniejsze starcia, jakie pomiędzy rodami, które jednak miały charakter zdecydowanie lokalny. Najprostszym wyjaśnieniem byłoby uznanie, że klimat uniemożliwia w pełni stabilny rozwój społeczeństwa, ale jednocześnie nieco powstrzymywało wielkie rody przed prowadzeniem długotrwałych wojen. A jak było na wschodzie, tu danych posiadamy o wiele mniej danych. Wiemy, że każde z Wolnych Miast liczyło sobie setki tysięcy mieszkańców. Mniejsze miasta zorganizowane wokół tych metropolii także były bardzo liczne, na co wskazują słowa Joraha Mormonta, który stwierdził, że miasto w którym spotkał najmłodszego z potomków Tywina, w warunkach Westeros byłoby uznane za duże, to według tutejszych warunków jest przeciętne.  Nie wiemy jak wielkie jest Essos, choć prawdopodobnie zajmuje o wiele większy obszar niż Westeros, choć trudno wiele więcej powiedzieć na temat tego kontynentu.

To tyle na pierwszy odcinek rozmyślań o Westeros, w następnym zajmę się strukturą społeczną Westeros.

Co z tymi Przedwiecznymi

Wielkiego Cthulhu zna niemal każdy i wielu lubi. On i jego wesoła gromadka pobratymców jest znana niemal każdemu, kto jako tako zetknął się z szeroko rozumianą fantastyką. Popularność stworów wykreowanych przez Lovercrafta, jest tak duża, że czasem aż lękam się, że jak tylko otworzę lodówkę, to wychyną macki. Czasem mam jednak wrażenie, że trochę  tego wszystkiego za dużo. Spróbuję się nieco krytycznym okiem przyjrzeć Mitom i temu jak wpływają na rpg i fantastykę.

Philip Howard Lovercraft stworzył swoją własną mitologię ponad osiemdziesiąt lat temu zapotworzając ją kreaturami rodem z koszmarów.  Dzisiaj jest jednym z najczęściej wykorzystywanych motywów w fantastyce. Potwory wykreowane przez samotnika z Providence pojawiają się w grach komputerowych, rpg, planszowych. Do dziś dzieła Lovercrafta inspirują  wielu pisarzy jak chociażby Steven  Erickson, Terry Prathet czy George rr Martin.  Są też pluszaki Cthulhu, a nawet cukierki, płatków nie znalazłem. Tylko kino omija Wielkiego Cthulhu  i jego pobratymców. Jedynym mainstreamowym filmem, który w pewnym stopniu  portretującym Wielkich Przedwiecznych był Hellboy. Pojawiło się też kilka pomniejszych filmów, chociażby ekranizacja Zewu Cthulu stylizowana na film niemy, ale raczej przeminęły bez echa. Być może dzięki praktycznie kompletnej nieobecności w mainstreamowej kinematografii nie mamy jeszcze uczucia przesycenia mitami.

Zew w podręcznik do tego systemu. Z różnych powodów tego nie zrobiłem i o grach rpg dowiedziałem się z mima. Wcześniej słyszałem o Cthulhu od ojca, który znał stare wydanie opowiadań Lovercrafta zatytułowane właśnie Zew Cthulhu. Z tematyką około Mitologiczną spotykałem się po raz pierwszy czytając raczej książki o Conanie i Kane niż opowiadania samotnika z Providence. Teraz mam juz znacznie większą znajomość  „Mitologii, i ogólnie rzecz biorąc ją lubię, to  zauważam jej pewne wady i niedoskonałości.  Poniżej przedstawię trochę swoich przemyśleń na jej temat.

Tym co wzbudza największą grozę w opowiadaniach Lovercrafta jest małość człowieka wobec bezmiaru zimnej pustki kosmosu. Wielcy Przedwieczni nie są źli. Są po prostu całkowicie amoralni, przynajmniej w teorii, i po prostu traktują ludzkość tak samo jak człowiek traktuje mrówki. W mrocznej pustce nie ma niczego co chroniłoby ludzkość przed niepojętym złem zdolnym ją unicestwić lub zniewolić.  Człowiek może tylko odwlekać nieuchronne. Drugim elementem wywołującym straszność jest tajemnica. Potwory krążą zazwyczaj gdzieś na granicy  pola widzenia, w mrokach nocy. Niewiele wiadomo o przedwiecznych, razem z bohaterami poznajemy je z fragmentów  przeczytanych w bluźnierczych tomach i z  nielicznych świadectw tych, którzy otarli się o przedwieczne zło, czy to  obłąkanych kultystów, nazbyt ciekawych znudzonych życiem dekadentów, lub  zwykłych nieszczęśników, którzy mieli pecha zetknąć się z mocami przekraczającymi wyobrażenie śmiertelnika.  Tutaj dochodzimy do innego aspektu, z którego wypływa groza opowiadań pisarza z nowej Anglii. . W uniwersum Lovercrafta nie ma łowców potworów, żaden Van Hellsing czy Buffy nie przyjdzie z pomocą.  Do walki z przedwiecznym złem stają zwykli ludzie, rzadko kiedy posiadający jakieś wyjątkowe uzdolnienia.  Nie ma zazwyczaj wśród nich zawodowych żołnierzy, szpiegów czy awanturników. Najczęściej są to pracownicy uniwersytetów, studenci, często dekadenccy potomkowie dobrych rodzin. Przeważnie pierwsze spotkanie z Mitami jest też ich ostatnim. Konfrontacja z nienazwanym kończy się dla nich śmiercią i obłędem.  Nikt nie pragnie spotkania z kosmicznym złem i nikt się przed nim nie uratuje

Nie wiem szczerze mówiąc z czego wynika popularność Mitów Cthulhu. Do ich popularyzacji przyczynił się sam samotnik z Providence, który wiele razy w listach do znajomych omawiał  stworzone przez siebie przygnębiające uniwersum. Pozwalał też zaprzyjaźnionymi pisarzom, takim jak Robert Howard, „ojciec” Conana, na wykorzystywanie i rozwijanie wykreowanej przez siebie mitologii. Nie bez znaczenia jest też fakt, że dzieła Lovercrafta znajdują się w domenie publicznej, dzięki czemu każdy wydawca może korzystać z nich zupełnie bezkarnie. Warto też zauważyć, że przynajmniej na pierwszy rzut oka, Mitologia Cthulhu nie jest przypisana do żadnej kultury. Nikogo nie obraża, zło reprezentowane przez przedwiecznych, jest ono  czyste i uniwersalne, a w walce z nimi ma powód uczestniczyć każdy zdrowy na umyśle człowiek

Przedwieczni są także po prostu straszni. Reprezentują egzystencjalną grozę, są uosobieniem naszego lęku że wszechświat jest ponurym, zimnym miejscem, w którym wszelkie nasze wysiłki i dokonania są bez znaczenia. Tak jak Cthulhu i jemu pokrewne istoty są obojętne na los śmiertelników, w takim samym stopniu jak natura jest obojętna wobec każdego ludzkiego istnienia. W gruncie rzeczy łatwo zrozumieć kultystów, skoro nasza egzystencja jest bezcelowa, to czyż nie lepiej ją zakończyć w służbie wyższego bytu, co nada mu przynajmniej pozory sensu? Świat mitów jest tak straszny nie dlatego, że jest pełen potworów, a dlatego, że  jesteśmy pozostawieni w starciu z nieuchronną zagładą sami, pozbawieni wszelkiej nadziei.

Jednak dzieła samotnika z Providence oraz stworzona przezeń mitologia mają swoje wady. Przede wszystkim, mnie osobiście irytuje kompletny brak związku Mitów z wierzeniami charakterystycznymi dla rejonów z których się wywodzą. Oczywiście, jak wspomniałem, sprawiło to, że mity stały się strawne dla wszystkich, na swój sposób poprawne politycznie, co najpewniej by zdumiało ich twórcę, lecz widać, że często są wzięte że się kolokwialnie wyrażę, od  czapy.  Sam Cthulhu nie ma zbyt wielkiego odbicia w wierzeniach ludów Polinezyjskich, które raczej cechuje animizm, i to samo tyczy się też i innych istot, które zasiedlają loveraftowską rzeczywistość.  Nie jest to dla mnie zbyt wielki problem, jednakże może sprawiać kłopoty, gdy zechcemy poprowadzić sesje w dalekich krajach. Z drugiej  może to prowadzić do ciekawych sytuacji, na przykład drużynowy antropolog zauważy, że lokalne praktyki religijne są nietypowe dla danej grupy etnicznej .

Większym mankamentem moim zdaniem może być to, że choć mówi się dużo o tym, jak amoralni i obcy są Przedwieczni, to koniec końców całe uniwersum Lovercrafta jest czarnobiała. Niepojętość mrocznych istot zamieszkujących zapomniane zakątki naszego globu sprowadza się po prostu do tego, że chcą one schrupać człowieka. W gruncie rzeczy wiele z tych istot to raczej po prostu gigantyczne potwory o dosyć prostej motywacji. Podobnie ma się sprawa z samymi kultystami, którzy zbyt często są zwykłymi degeneratami, pokracznymi i szalonym, przywodzącymi na myśl filmy klasy b w rodzaju „Wzgórza mają oczy” czy „Dom w środku lasu”. Łatwo sobie oczywiście wyobrazić kultystów, którymi kierują bardziej racjonalne pobudki, na przykład pragnienie wywarcia zemsty na swych wrogach czy wskrzeszenia bliskich. Na przykład rodzina Whatley’ów chce przywołać zewnętrznego boga, choć kompletnie nie mają powodów, aby to robić. Prawdę mówiąc,o wiele bardziej niejednoznaczni byli bogowie z realnych mitologi, którzy mimo tego, że byli odbiciem swych wyznawców byli zdolni do niezrównanego okrucieństwa. W pewnym sensie, byli bardziej złożeni, niż potwory jakimi są przedwieczni. Potrafili być łaskawi ponad miarę, zwłaszcza dla swego potomstwa, ale także niewiarygodnie okrutni, wystarczy wspomnieć jak ukarano Syzyfa i Tantala. Właśnie owe powierzchowne podobieństwo czyni ich o wiele bardziej niepokojącymi, niż Cthulhu, którego obcość wydaje się być wręcz kojąca w porównaniu z starożytnymi bogami, którzy potrafili być w jednej chwili łagodni i dobroduszni, aby w następnej wyładować swój bezgraniczny gniew na nieszczęśniku, który ich nieświadomie obraził.

Ostatnia rzecz, która niezbyt mi się podoba w mitach, jest to, że łatwo mogą stać się śmieszne a nie straszne. W gruncie wielu przedwiecznych wygląda całkiem komicznie, czego koronnym przykładem może być Glaki będący ogromnym trójokim nagim ślimakiem, ale nawet Cthulhu nie na niektórych rysunkach wygląda całkiem nieszkodliwie, nie mówiąc już o takich na przykład Liogorach wyglądających jak smok przeżuty przez pitbula. Nie bez powodu za jedno z najstraszniejszych opowiadań Lovercrafta jest Kolor z Przestworzy, gdzie monstrum jest nieopisane i egzystuje na krawędzi percepcji. W końcu najstraszniejsze jest to, czego nie widzimy. Znane zagrożenie można pokonać, albo przynajmniej usiłować z nim walczyć. Jak mawiał Conan, jeśli coś krwawi, można to zabić

Lubię Mity, nawet jeśli czu ję, że są nadużywane. Niedawno na przykład widziałem, piosenkę zatytułowaną „Shoggoth on the roof” czyli cthulhulowej parodii „Skrzypka na dachu”.  Potwory z mitów bardzo często wyglądają bardziej komicznie niż strasznie. Jedna nadal mroczne i ponure uniwersum wykreowane przez Lovercrafta jest cały czas popularne. Samych gier rpg w nim umiejscowiony jest przynajmniej pięć. Choć na razie nie zanosi się  na żaden wielki kinowy hit z Wielkim Cthulhu w roli głównej, to jednak ten przedwieczny powoli  staje się ikoną popkultury. Co by nie mówić, potwory z mitów są na swój sposób oryginalne, trudne do pomylenia z czymkolwiek innym.  Moim zdaniem, nie tu leży tajemnica tego, czemu  tak lubimy Mity jest fakt, że w dzisiejszym świecie niewiele rzeczy może nas wystraszyć. Do zwykłych potworów, które pożerają ludzi przyzwyczailiśmy się dzięki niezliczonym filmom klasy B, ale tu mamy do czynienia z grozą o wyższego poziomu. Strachem przed tym, że jesteśmy sami w zimnym ponurym wszechświecie, z jego całą absolutną obojętnością, co doskonale rozumiał Samotnik z Providence.

 
rz

Powrót stracharza

 

356960-352x500

Powrót Stracharza – recenzja Kroniki Wardstone: Klątwa z przeszłości

Cykl Kronik Wardstone rozpoczął się tomem Zemsta czarownicy, gdzie młody Thomas został przeznaczony do terminu u mistrza Johna Gregorego.  Powieść można zaliczyć do nurtu młodzieżowego fantasy, który stał się popularny przez  cykl powieści o Harym Potterze, choć moim zdaniem  wyrosła nieco ponad swój podgatunek. Czy drugi tom zatytułowany Klątwa przeszłości podołał rozbudzonym nadzieją.

Thomas Ward, siódmy syn siódmego syna kontynuuje swój termin u stracharza, mistrza Gregorego. Z powodu ciężkiej choroby, która powaliła jego nauczyciela jest zmuszony samemu zająć się rozpruwaczem, najgroźniejszym rodzajem bogina, który zaatakował brata mistrza Gregorego, Obaj mężczyzn nie pałają 0do siebie sympatią, częściowo z racji wykonywanych zawodów (jeden jest księdzem, a drugi znienawidzonym przez kapłanów stracharzem), ale też z powodu dawnych, początkowo niejasnych zaszłości. Thomasowi udaje się  pokonać bogina i go uwięzić,  jednakże  brat jego mistrza nie przeżywa spotkania ze stworem. Gdy stary Gregory się o tym dowiaduje, postanawia się wybrać na jego pogrzeb do Priestown, gdzie chowani są wszyscy duchowni w Hrabstwie. Okazuje się  jednak,   że stracharzem kierują zupełnie inne motywy niż tylko chęć odprowadzenia brata w ostatnią podróż

Kolejny tom przygód młodego Thomasa jest niewątpliwie mroczniejszy niż poprzedni. Uczeń stracharza stawia czoła nie tylko nadnaturalnemu, przedwiecznemu złu, ale także temu skrywającemu się w ludzkim sercu i prawdę mówiąc, trudno rzec które jest straszniejsze.  Ze złem nadnaturalnym można walczyć, do tego był szkolony i jeśli odniesie zwycięstwo, wróg zostanie pokonaniu lub przynajmniej uwięziony. Śmiertelne zło wydaje się jednak być o wiele bardziej przytłaczające, bowiem nie można z nim trwale  zwyciężyć,  zamieszkuje ludzkie dusze i kala całe społeczności nieraz wypaczając je do tego stopnia, że piekło na ziemi staje się faktem. O ile w przypadku demonów i potworów niegodziwość jest częścią ich natury, dla człowieka to świadomy wybór. Uczeń stracharza przekona się również, że nie zawsze z mrokiem można walczyć, czasem ucieczka pozostaje jedynym wyjściem. Będzie też świadkiem, że w nieraz trzeba wybrać mniejsze zło, lecz aby móc wybrać najmniej szkodliwą pośród złych alternatyw, potrzeba wielkiej mądrości.

W Klątwie przeszłości spotykamy większość starych bohaterów, w tym oczywiście Alice. Dziewczyna wywodząca się z dwóch rodów wiedźm i czarowników wydaje się nieustannie kroczyć wąską ścieżką pomiędzy światłem i ciemnością. Od dziecka żyjąca pośród osób parających się mroczną sztuką, nie upadła jednak, choć wydaje się, że Thomas jest jedyną osobą dzielącą ją od zagłębienia się w czarną otchłań. Mistrz Gregory okazuje się skrywać wiele sekretów, niektóre z nich ukazują starego stracharza w innym, mroczniejszym świetle.  Jedyną istotniejszą nową postacią jaka pojawia się na kartach Klątwy Przeszłości jest Andrew Gregory, ostatni z żyjących braci Johna, człowiek lojalny wobec krewnego, i rozsądny.

W tym tomie stracharzowi i jego uczniowi przyjdzie stawić czoło dwóm adwersarzom. Jednym z nich jest Mór, straszliwy przedwieczny byt uwięziony w dawnych czasach. Drugim, i paradoksalnie o wiele straszniejszym jest Kwizytor. Sługa kościoła przybyły z południa, który pod przykrywką walki ze złem stara się jedynie pomnożyć swój majątek, nie wahając się skazywać na śmierć w męczarniach  niewinnych ludzi.  O ile demon jest wrogiem potężnym, którego nikomu nie udało się do tej pory zwyciężyć, to Kwizytor stanowi prawdziwe zagrożenie ponieważ po jego stronie stoją prawo i poparcie społeczeństwa. Nie pokona się go ani solą ani srebrnym łańcuchem, choć nawet on musi się mieć na baczność, gdy wzbudzi gniew zdecydowanych na wszystko.

Delaney porusza w drugim tomie Kronik Wardstone kwestię religii i kościoła oraz tego jaki sposób kształtują one życie i świat stracharzy. Mistrz Gregory wierzy wprawdzie w wyższą siłę, która wspiera ludzi w walce ze złem, lecz szczerze powątpiewa, czy ma ona wiele wspólnego z Bogiem, o którym mówi się w kościołach. O księżach również nie ma najlepszego zdania, co jest w jego przypadku zrozumiałe. Jako stracharz poświęcił swoje życie na walkę z siłami ciemności, lecz dla kapłanów jest kimś niewiele lepszym niż  bezecna wiedźma. Nie można może powieści nazwać nachalnie antyklerykalnym. lecz niektórzy czytelnicy mogą być nieco urażeni taką diagnozą rzeczywistości.

Jedną z wielkich zalet całego cyklu jest nie czynie z głównych bohaterów idealnych łowców potworów, bez wysiłku stawiających czoło wszelkim przeciwnościom,. Wręcz przeciwnie, Thomas Ward i John Gregory są tylko ludźmi, którzy mają swoje ograniczenia. Nie trzeba wiele, aby stary stracharz znalazł się w poważnych tarapatach. Nie może niczym wiedźmin Geralt stanąć naprzeciw siedmiu bandytów i wyjść z walki bez zadrapania. Często musi polegać na swoim sprycie lub skrytości, a i to często nie wystarcza.

Warto zwrócić uwagę na to, jak przedstawione są sztuki tajemne. Magia, hoć bezdyskusyjnie potężna, nie pozwala wygrywać bitew i wojen. Jest raczej niezauważalna i subtelna, pozwala na uzyskanie władzy nad ludźmi taki w sposób, że nawet się nie zorientują.  Tutaj wprawdzie wiedźmy nie odgrywają kluczowej roli, lecz sporo dowiadujemy pośrednio się o „prawdziwych” bądź wymyślonych zwyczajów czarownic z działań Kwizytora i opowieści Alice,  choć  nie tylko. Delaney’a trzeba pochwalić za dobre oddanie magicznego folkloru krajów anglosaskich i średniowiecznej demonologii. Ten tom szczególnie  mocno przywodzi na myśl średniowieczne opowieści o sprytnym i przebiegłym czarcie, oraz  protagoniście chcącym za wszelką cenę uciec przed jego klątwą… Jest to jednak baśń realistyczna, ale jednocześnie pozbawiona jeszcze tak niedawno modnego  dekonstruktywizmu.

          Klątwa przeszłości to dobre rozwinięcie opowieści zapoczątkowanej w Zemście czarownicy. Autor konsekwentnie trzyma się wizji wykreowanego świata. Drugi tom Kronik Wardstone choć mroczny nie jest depresyjny. Widać, też, że autor na wyraźne plany wobec swoich bohaterów i zaczyna się już tutaj zarysowywać oś fabularna wokół której będzie się toczyć historia Kronik Wardstone. W drugim tomie atmosfera gęstnieje, a opowieść wyraźnie wyrasta ze swego gatunku. W przeciwieństwie do wielu autorów młodzieżowej fantastyki, Delaney nie skupia się na problemach nastolatków i dorastania, bowiem mają prawdziwe problemy, walczą o życie swoje i bliskich. Czyni to powieść  o wiele lepiej wprowadzającą młodeko czytelnika w dorosłe życie, bowiem nie gloryfikuje nastolatków, i pokazuje, że w życiu nic nie przychodzi łatwo.