Co z tymi Przedwiecznymi

Wielkiego Cthulhu zna niemal każdy i wielu lubi. On i jego wesoła gromadka pobratymców jest znana niemal każdemu, kto jako tako zetknął się z szeroko rozumianą fantastyką. Popularność stworów wykreowanych przez Lovercrafta, jest tak duża, że czasem aż lękam się, że jak tylko otworzę lodówkę, to wychyną macki. Czasem mam jednak wrażenie, że trochę  tego wszystkiego za dużo. Spróbuję się nieco krytycznym okiem przyjrzeć Mitom i temu jak wpływają na rpg i fantastykę.

Philip Howard Lovercraft stworzył swoją własną mitologię ponad osiemdziesiąt lat temu zapotworzając ją kreaturami rodem z koszmarów.  Dzisiaj jest jednym z najczęściej wykorzystywanych motywów w fantastyce. Potwory wykreowane przez samotnika z Providence pojawiają się w grach komputerowych, rpg, planszowych. Do dziś dzieła Lovercrafta inspirują  wielu pisarzy jak chociażby Steven  Erickson, Terry Prathet czy George rr Martin.  Są też pluszaki Cthulhu, a nawet cukierki, płatków nie znalazłem. Tylko kino omija Wielkiego Cthulhu  i jego pobratymców. Jedynym mainstreamowym filmem, który w pewnym stopniu  portretującym Wielkich Przedwiecznych był Hellboy. Pojawiło się też kilka pomniejszych filmów, chociażby ekranizacja Zewu Cthulu stylizowana na film niemy, ale raczej przeminęły bez echa. Być może dzięki praktycznie kompletnej nieobecności w mainstreamowej kinematografii nie mamy jeszcze uczucia przesycenia mitami.

Zew w podręcznik do tego systemu. Z różnych powodów tego nie zrobiłem i o grach rpg dowiedziałem się z mima. Wcześniej słyszałem o Cthulhu od ojca, który znał stare wydanie opowiadań Lovercrafta zatytułowane właśnie Zew Cthulhu. Z tematyką około Mitologiczną spotykałem się po raz pierwszy czytając raczej książki o Conanie i Kane niż opowiadania samotnika z Providence. Teraz mam juz znacznie większą znajomość  „Mitologii, i ogólnie rzecz biorąc ją lubię, to  zauważam jej pewne wady i niedoskonałości.  Poniżej przedstawię trochę swoich przemyśleń na jej temat.

Tym co wzbudza największą grozę w opowiadaniach Lovercrafta jest małość człowieka wobec bezmiaru zimnej pustki kosmosu. Wielcy Przedwieczni nie są źli. Są po prostu całkowicie amoralni, przynajmniej w teorii, i po prostu traktują ludzkość tak samo jak człowiek traktuje mrówki. W mrocznej pustce nie ma niczego co chroniłoby ludzkość przed niepojętym złem zdolnym ją unicestwić lub zniewolić.  Człowiek może tylko odwlekać nieuchronne. Drugim elementem wywołującym straszność jest tajemnica. Potwory krążą zazwyczaj gdzieś na granicy  pola widzenia, w mrokach nocy. Niewiele wiadomo o przedwiecznych, razem z bohaterami poznajemy je z fragmentów  przeczytanych w bluźnierczych tomach i z  nielicznych świadectw tych, którzy otarli się o przedwieczne zło, czy to  obłąkanych kultystów, nazbyt ciekawych znudzonych życiem dekadentów, lub  zwykłych nieszczęśników, którzy mieli pecha zetknąć się z mocami przekraczającymi wyobrażenie śmiertelnika.  Tutaj dochodzimy do innego aspektu, z którego wypływa groza opowiadań pisarza z nowej Anglii. . W uniwersum Lovercrafta nie ma łowców potworów, żaden Van Hellsing czy Buffy nie przyjdzie z pomocą.  Do walki z przedwiecznym złem stają zwykli ludzie, rzadko kiedy posiadający jakieś wyjątkowe uzdolnienia.  Nie ma zazwyczaj wśród nich zawodowych żołnierzy, szpiegów czy awanturników. Najczęściej są to pracownicy uniwersytetów, studenci, często dekadenccy potomkowie dobrych rodzin. Przeważnie pierwsze spotkanie z Mitami jest też ich ostatnim. Konfrontacja z nienazwanym kończy się dla nich śmiercią i obłędem.  Nikt nie pragnie spotkania z kosmicznym złem i nikt się przed nim nie uratuje

Nie wiem szczerze mówiąc z czego wynika popularność Mitów Cthulhu. Do ich popularyzacji przyczynił się sam samotnik z Providence, który wiele razy w listach do znajomych omawiał  stworzone przez siebie przygnębiające uniwersum. Pozwalał też zaprzyjaźnionymi pisarzom, takim jak Robert Howard, „ojciec” Conana, na wykorzystywanie i rozwijanie wykreowanej przez siebie mitologii. Nie bez znaczenia jest też fakt, że dzieła Lovercrafta znajdują się w domenie publicznej, dzięki czemu każdy wydawca może korzystać z nich zupełnie bezkarnie. Warto też zauważyć, że przynajmniej na pierwszy rzut oka, Mitologia Cthulhu nie jest przypisana do żadnej kultury. Nikogo nie obraża, zło reprezentowane przez przedwiecznych, jest ono  czyste i uniwersalne, a w walce z nimi ma powód uczestniczyć każdy zdrowy na umyśle człowiek

Przedwieczni są także po prostu straszni. Reprezentują egzystencjalną grozę, są uosobieniem naszego lęku że wszechświat jest ponurym, zimnym miejscem, w którym wszelkie nasze wysiłki i dokonania są bez znaczenia. Tak jak Cthulhu i jemu pokrewne istoty są obojętne na los śmiertelników, w takim samym stopniu jak natura jest obojętna wobec każdego ludzkiego istnienia. W gruncie rzeczy łatwo zrozumieć kultystów, skoro nasza egzystencja jest bezcelowa, to czyż nie lepiej ją zakończyć w służbie wyższego bytu, co nada mu przynajmniej pozory sensu? Świat mitów jest tak straszny nie dlatego, że jest pełen potworów, a dlatego, że  jesteśmy pozostawieni w starciu z nieuchronną zagładą sami, pozbawieni wszelkiej nadziei.

Jednak dzieła samotnika z Providence oraz stworzona przezeń mitologia mają swoje wady. Przede wszystkim, mnie osobiście irytuje kompletny brak związku Mitów z wierzeniami charakterystycznymi dla rejonów z których się wywodzą. Oczywiście, jak wspomniałem, sprawiło to, że mity stały się strawne dla wszystkich, na swój sposób poprawne politycznie, co najpewniej by zdumiało ich twórcę, lecz widać, że często są wzięte że się kolokwialnie wyrażę, od  czapy.  Sam Cthulhu nie ma zbyt wielkiego odbicia w wierzeniach ludów Polinezyjskich, które raczej cechuje animizm, i to samo tyczy się też i innych istot, które zasiedlają loveraftowską rzeczywistość.  Nie jest to dla mnie zbyt wielki problem, jednakże może sprawiać kłopoty, gdy zechcemy poprowadzić sesje w dalekich krajach. Z drugiej  może to prowadzić do ciekawych sytuacji, na przykład drużynowy antropolog zauważy, że lokalne praktyki religijne są nietypowe dla danej grupy etnicznej .

Większym mankamentem moim zdaniem może być to, że choć mówi się dużo o tym, jak amoralni i obcy są Przedwieczni, to koniec końców całe uniwersum Lovercrafta jest czarnobiała. Niepojętość mrocznych istot zamieszkujących zapomniane zakątki naszego globu sprowadza się po prostu do tego, że chcą one schrupać człowieka. W gruncie rzeczy wiele z tych istot to raczej po prostu gigantyczne potwory o dosyć prostej motywacji. Podobnie ma się sprawa z samymi kultystami, którzy zbyt często są zwykłymi degeneratami, pokracznymi i szalonym, przywodzącymi na myśl filmy klasy b w rodzaju „Wzgórza mają oczy” czy „Dom w środku lasu”. Łatwo sobie oczywiście wyobrazić kultystów, którymi kierują bardziej racjonalne pobudki, na przykład pragnienie wywarcia zemsty na swych wrogach czy wskrzeszenia bliskich. Na przykład rodzina Whatley’ów chce przywołać zewnętrznego boga, choć kompletnie nie mają powodów, aby to robić. Prawdę mówiąc,o wiele bardziej niejednoznaczni byli bogowie z realnych mitologi, którzy mimo tego, że byli odbiciem swych wyznawców byli zdolni do niezrównanego okrucieństwa. W pewnym sensie, byli bardziej złożeni, niż potwory jakimi są przedwieczni. Potrafili być łaskawi ponad miarę, zwłaszcza dla swego potomstwa, ale także niewiarygodnie okrutni, wystarczy wspomnieć jak ukarano Syzyfa i Tantala. Właśnie owe powierzchowne podobieństwo czyni ich o wiele bardziej niepokojącymi, niż Cthulhu, którego obcość wydaje się być wręcz kojąca w porównaniu z starożytnymi bogami, którzy potrafili być w jednej chwili łagodni i dobroduszni, aby w następnej wyładować swój bezgraniczny gniew na nieszczęśniku, który ich nieświadomie obraził.

Ostatnia rzecz, która niezbyt mi się podoba w mitach, jest to, że łatwo mogą stać się śmieszne a nie straszne. W gruncie wielu przedwiecznych wygląda całkiem komicznie, czego koronnym przykładem może być Glaki będący ogromnym trójokim nagim ślimakiem, ale nawet Cthulhu nie na niektórych rysunkach wygląda całkiem nieszkodliwie, nie mówiąc już o takich na przykład Liogorach wyglądających jak smok przeżuty przez pitbula. Nie bez powodu za jedno z najstraszniejszych opowiadań Lovercrafta jest Kolor z Przestworzy, gdzie monstrum jest nieopisane i egzystuje na krawędzi percepcji. W końcu najstraszniejsze jest to, czego nie widzimy. Znane zagrożenie można pokonać, albo przynajmniej usiłować z nim walczyć. Jak mawiał Conan, jeśli coś krwawi, można to zabić

Lubię Mity, nawet jeśli czu ję, że są nadużywane. Niedawno na przykład widziałem, piosenkę zatytułowaną „Shoggoth on the roof” czyli cthulhulowej parodii „Skrzypka na dachu”.  Potwory z mitów bardzo często wyglądają bardziej komicznie niż strasznie. Jedna nadal mroczne i ponure uniwersum wykreowane przez Lovercrafta jest cały czas popularne. Samych gier rpg w nim umiejscowiony jest przynajmniej pięć. Choć na razie nie zanosi się  na żaden wielki kinowy hit z Wielkim Cthulhu w roli głównej, to jednak ten przedwieczny powoli  staje się ikoną popkultury. Co by nie mówić, potwory z mitów są na swój sposób oryginalne, trudne do pomylenia z czymkolwiek innym.  Moim zdaniem, nie tu leży tajemnica tego, czemu  tak lubimy Mity jest fakt, że w dzisiejszym świecie niewiele rzeczy może nas wystraszyć. Do zwykłych potworów, które pożerają ludzi przyzwyczailiśmy się dzięki niezliczonym filmom klasy B, ale tu mamy do czynienia z grozą o wyższego poziomu. Strachem przed tym, że jesteśmy sami w zimnym ponurym wszechświecie, z jego całą absolutną obojętnością, co doskonale rozumiał Samotnik z Providence.

 
rz

Star Wars: Edge of the Empire i przyjaciele – omówienie

Star Wars: Edge of the Empire i przyjaciele – omówienie

W zeszłym roku mieliśmy premierę nowych Gwiezdnych Wojen Przebudzenie mocy było jednym z najbardziej oczekiwanych filmów ostatnich lat, a może nawet dziesięciolecia.  Muszę przyznać, że zmiana reżysera wyszła filmowi na dobre, bowiem nowe spojrzenie na uniwersum Lukasa  i odświeżyła je. Kilka lat temu Fantasy Flight Games wydało własną linię systemów rpg, co także było znaczącą odmianą po wieloletnim użytkowaniu licencji przez Wizard of the Coast. Jak się spisał nowy wydawca? Czy oddano  dobrze ducha Gwiezdnych Wojen? Postaram się udzielić odpowiedzi na to pytanie.

Nigdy nie byłem wielkim fanem   Gwiezdnych wojen. O ile uniwersum i całą jego otoczkę lubię, o tyle filmy tak sobie mi się podobają. Nie widzę jakiejś wielkiej różnicy jakościowej pomiędzy starą, a nową trylogią i lubię nawet Jar Jara. Żal mi było anulowania starego uniwersum, zwłaszcza, że miało dużo ciekawych i niegłupich pomysłów, które nie zawsze  udało się moim zdaniem zastąpiono równie ciekawymi własnymi ideami.  Pod względem jednak sesyjno erpegowym uważam, że świat Gwiezdnych Wojen za naprawdę interesujący i stawiający zarówno przed graczami jak i mistrzami gry niemal nieograniczone możliwości. Dotychczas ukazały się trzy znaczące linie  wydawnicze. Oparta na mechanice d6 bardzo chwalona choć słabo znana w Polsce, oparta na jeszcze nie tak dawno  niezwykle popularną mechanikę d20 którą uznawano za dosyć kontrowersyjną i wreszcie trzy gry od FFG, na których postanowiłem się teraz skupić.

Erpegi rozgrywające się w uniwersum Star Wars wydane przez Fantasy Flight Games charakteryzują dwie rzeczy. Po pierwsze skupienie się na okresie rozgrywającym się pomiędzy epizodami IV, a VI. Drugim jest specyficzny model wydawniczy wzorowany na  wcześniej  wydanym Warhammerem 40k. Otóż, gra została podzielona na trzy podręczniki, które opowiadają o różnych wątkach związanych z  Georga Lucasa. Pierwszy Edge of the Empire opowiada o życiu przemytników takich jak Han Solo, Age of Rebellion skupia się na rebeliantach stawiających czoła Imperium, a Force and Destiny jest grą o spadkobiercach zakonu Jedi.  Wszystkie trzy gry są, w przeciwieństwie do rpg osadzonych w 40 milenium, są one całkowicie ze sobą kompatybilne. Mówiąc szczerze, przynajmniej połowa podręcznika to powtórzenia z pozostałych. Ma to oczywiście zalety, chociażby wymienność materiałów pomiędzy konkretnymi systemami, lecz z drugiej strony nie zawierają one wystarczającej ilości unikalnej treści, aby uzasadnione było wydawanie trzech podręczników, więc zabieg dokonany przez FFG można uznać za oczywisty skok na kasę.

Gwiezdne Wojny wydawane przez FFG można uznać za dziwaczny pomiot Warhammera Fantasy Roleplay, oraz linii gier osadzonych w uniwersum Wh40k. Z pierwszego zaczerpnęło przede wszystkim mechanikę opartą na zastosowaniu unikalnych kości i symboli na nich widniejących, choć nie wiem, na ile została zmieniona względem Whfrp 3ed, bo tamtego sytemu nie znam. Z Wh40k od FFG zaczerpnęło głównie  specyficzny model wydawniczy, o czym już wcześniej wspomniałem

Star Wars od FFG posiada własną na pierwszy rzut oka niezwykłą choć przyjemną mechanikę. Jest to do typowe rzucanie pulą kości. Tym co ją wyróżnia na tle innych systemów są oryginalne kości używane w trakcie testów. Jest ich siedem rodzajów, podzielone na przeciwstawne grupy. Są więc kości wsparcia i kłopotów (sześcienne), zdolności i trudności (ośmiościenne) oraz biegłości i wyzwania (dziesięciościenne). Czasem też używa się kości Mocy posiadającej dwanaście ścianek, lecz służy ona tylko do aktywacji Mocy.  Na każdej kości może widnieć jeden z ośmiu symboli. Trzy pozytywne symbole to sukces, przewaga i triumf, a  negatywne to porażka, zawada i rozpacz. Pozytywne symbole występują tylko na kościach wsparcia, zdolności i biegłości, a negatywne na kościach kłopotów, trudności i wyzwania. Rzucamy zazwyczaj odpowiednią pulą kości i liczymy sukcesy i triumfy (który to symbol występuje pojedynczo na kości biegłości  i jest traktowany jak dwa sukcesy), od których odejmujemy  porażki i rozpaczy (tak jak triumf, rozpacz występuje pojedynczo,  na kości  wyzwania). Jeśli zostanie nam choć jeden sukces akcja się udała. Symbole przewagi i zawady nie mają wpływu na to, czy akcja się udała, lecz określają jak dobrze lub źle poszła. Wiele broni lub akcji wymaga wykorzystania  kilku symboli przewagi, aby aktywować dodatkowe zdolności czy na przykład sprawić  aby wykonać długotrwałą akcję nieco szybciej. Tak samo zawady mogą nas spowolnić, albo wprowadzić dodatkowe komplikacje.  Może nam się więc przydarzyć, że akcja się nie uda lecz wyrzucimy pewną liczbę przewag, lub duża ilość zawad znacząco umniejszy skalę naszego  sukcesu. Specjalną uwagę należy poświęcić symbolowi triumfu (i rozpaczy). Nie dość, że liczy się on za sukces, to może jeszcze aktywować podobnie jak przewagi różne niezwykłe, i nieraz bardzo potężne efekty.

Przejdźmy teraz do budowania pól kości.  Zazwyczaj gracze zliczają swoje atrybuty i umiejętności. Wyższa z tych cech pozwala określić iloma kośćmi zdolności będziemy rzucać, a niższa ile z nich zostanie przekształconych w kości biegłości. Często dodaje się też kości wsparcia, które po prostu reprezentują dodatnie modyfikatory obecne w tak wielu systemach . To jak  trudno zdać test określane  jest przez liczbę kości trudności jakimi będzie rzucać mistrz gry, do których ewentualnie zostaną dodane kości  kłopotów i wyzwania.

Mam nieco mieszane uczucia do mechaniki zaserwowanej nam przez Fantasy Flight  Games. Daje ona bardzo dobre narzędzia do  kształtowania fabuły dzięki odpowiedniemu wykorzystaniu symboli przewag i triumfu, lecz z drugiej strony konieczność wykonywania niemal zawsze rzutów przeciwstawnych może nieco spowolnić rozgrywkę, szczególnie,  podczas walki. Wydaje mi się też, że dosyć niewygodne może być obliczanie stopnia prawdopodobieństwa sukcesu lub porażki.

W każdym z systemów tworzenie postaci przebiega niemal identycznie.  Przede wszystkim zaczynamy od wyboru gatunku, klasy oraz specjalizacji a następnie przeznaczamy określoną ilość punktów doświadczenia na atrybuty, umiejętności i talenty.  Gatunek decyduje o wysokości naszych podstawowych atrybutów, oraz ile posiadamy punktów doświadczenia do wydania na starcie.  Praktycznie każda rasa posiada też jakieś zdolności specjalne, najczęściej sprowadzające się do darmowej rangi w jednej umiejętności, choć nie zawsze, zdarzają się też o wiele bardziej interesujące zdolności, jak choćby brak konieczności oddychania u niektórych Gandów. Dla ludzi bazową wartością wszystkich atrybutów jest 2, ale większość obcych posiada jedną cechę podwyższoną o 1 do 3, a inną obniżoną do 1. Każdy z podręczników opisuje w większości inne gatunki, choć niektóre jak się  Bothanie się powtarzają w różnych publikacjach.

Wybór klasy i pierwszej specjalizacji określa po prostu czym się zajmuje nasza postać.   W każdym z pod systemów mamy do czynienia z sześcioma klasami z których każda posiada po trzy specjalizacje.  Dają one nam po pierwsze kilka umiejętności, które od tej pory będą do umiejętnościami klasowymi, dzięki czemu będzie można je taniej rozwijać, po drugie otrzymujemy do wyboru kilka darmowych rang w umiejętnościach klasowych zarówno z klasy i specjalizacji. Co najważniejsze jednak każda specjalizacja  daje nam dostęp do drzewka talentów, które pozwalają naszym bohaterom lepiej walczyć i robić rzeczy normalnie niemożliwe . Na koniec gracz musi przeznaczyć  pewną ilość, zależną od gatunku, zazwyczaj jednak oscylującą w okolicach 100,  punktów doświadczenia. Może za nie rozwinąć atrybuty, umiejętności oraz talenty. Można nawet wykupić nowe specjalizacje nawet pochodzące z innych klas, choć w tym przypadku nie otrzyma się darmowych rang w umiejętnościach

Gdy już wybierzemy naszą rasę i klasę, przychodzi kolej na wydanie punktów doświadczenia. Atrybutów mamy sześć (budowa, zwinność, intelekt, spryt, siła woli i prezencja). Od tych cech pochodnymi są liczba ran i zmęczenie. Umiejętności jest około dwudziestu, w tym kilka bojowych lub związanych z wiedzą. Dosyć istotne jest to, że atrybutów nie da się rozwijać w trakcie gry, nie licząc pewnych talentów, dostępnych jednak na samym końcu drzewek rozwoju. Koszta ulepszeń są rosnące i trzeba przyznać, że dosyć wysokie, więc rozwinięcie więcej niż trzech,  czterech cech o 1 kropkę lub jednej o kilka  może zużyć zdecydowaną większość  punktów doświadczenia. Talenty są pogrupowane w drzewka rozwoju przypisane do specjalizacji  o rosnącym koszcie, tak że odblokowanie talentu wyższego poziomu często wymaga wykupienia kilku niższego stopnia. Na koniec musimy wybrać naszą motywację i wydać pieniądze na ekwipunek.   Na koniec gracze mogą wybrać jeden z kilku statków kosmicznych którym gracze będą się rozbijać po galaktyce, lub inny sprzęt, zależnie od systemu.

Tworzenie bohatera nie jest skomplikowane, i nie musimy dokonywać zbyt wielu wyborów po tym, jak już zdecydujemy się na specjalizację. Punktów doświadczenia nie mamy dużo, zwłaszcza, że większość z nich trzeba będzie wydać na atrybuty, bowiem później już nie będziemy mieli ku temu sposobności.  Pewną wadą jest moim zdaniem zbytnie rozdrobnienie umiejętności, szczególnie, że nie zawsze jest jasne kiedy i jakiej się używa.  Bardzo mogę pochwalić pomysł oddania graczom już na starcie statku kosmicznego, dzięki czemu już od początku możemy przeżywać przygody niczym Han Solo lub załoga Ducha z Rebeliantów. W przeciwieństwie do na przykład Gasnących Słońc czy Travelera nie musimy już zdobywać z trudem podczas samej gry tego tak ważnego sprzętu dzięki któremu będziemy mogli eksplorować wszechświat. Z drugiej strony nieco dziwi praktycznie brak możliwości posiadania na początku miecza świetlnego gdy gramy w Force and Destiny, co jest o tyle irytujące, że specjalizacje skupiające się na walce mieczem świetlnym są o wiele mniej użyteczne.

Walka w tym systemie nie jest skomplikowana choć może być dosyć długa. Gracze pierw określają inicjatywę wykonując test umiejętności (jednej z dwóch, chyba wspominałem, że jest ich nieco za dużo?)  i potem wykonują swoje akcje.  W tym systemie nie ma siatki bitewnej i odległości między postaciami jest dosyć umowna. Potem przychodzi  kolej na atak i wykonanie innych czynności. Obrona wszystkich przeciwników jest niezależna od cech postaci i wynosi zazwyczaj 2 kości trudności, choć może się oczywiście zwiększać i zmniejszać  zależnie od sytuacji  na polu walki i przeróżnych czynników.  Obrażenia od broni są stałe i dodaje się do nich wszystkie sukcesy uzyskane na kościach. Odejmowane odeń są wyparowania równych budowie plus ochronie zbroi. Gdy obrażenia zejdą do zera postać otrzymuje trafienie krytyczne. Na  początku są to relatywnie nieszkodliwe i nietrwałe rany, które z czasem zostaną zastąpione przez oderwane kończyny, więc istnieje szansa, że nasza drużyna będzie równie scyborgizowana jak Darth Vader. Prócz tego autorzy zaprezentowali nam też tradycyjny dla sf zestaw zasad szczegółowych zasad opisujących na przykład  walkę w próżni i tym podobne.

Rozdział opisujący sprzęt jest rozbudowany,  choć pewnym rozczarowaniem może być fragment przybliżający broń strzelecką bo dominują tam wszelkiego rodzaju blastery, jednakowoż są one wielce zróżnicowane, i każda  z nich posiada jakieś specjalne zdolności zazwyczaj po wyrzuceniu określonej ilości przewag lub triumfu na kości. Każda broń i zbroja może być modyfikowana i dzięki temu zyskać nowe zdolności lub lepsze statystki.  Każda z trzech podstawek  posiada nieco inną listę sprzętu, tak więc na przykład Foces and Destiny podaje nam szersze menu mieczy świetlnych i opis działania holocronów.  Opisano też sprzęt medyczny, wprawdzie ocierający się nieco o health potiony z gier komputerowych, jednak jest to praktyczne rozwiązano. Gracze mogą się poddać też cybogizacji choć oczywiście nie znajdziemy tu liczby wszczepów  jak Cyberpunku czy nawet Warhamnerze 40k. Opisano też wszelkiego rodzaju sprzęt użytkowy czy narkotyki.

Przedłużeniem tego rozdziału jest rozdział o walkach pojazdów i statków kosmicznych. Powiem szczerze, że z trudem ogarniałem ją, choć w gruncie rzeczy nie jest skomplikowana. Otrzymujemy tu opis kilkunastu statków i pojazdów, różnych dla każdego podręcznika, poczynając od X-wingów poprzez At-At kończąc na Star Destroyerach. Otrzymujemy też zasady podróży międzygwiezdnych i ulepszania lub przebudowy naszych drogich kosmolotów.

Rozdział opisujący nam Moc i jej użytkowników nie jest s rozbudowany bowiem sama mechanika Mocy jest prosta. rzuca się po prostu specjalną kością mocy pokazującej ile i jakich punktów mocy uzyskaliśmy, i w zależności od tego po której stronie mocy znajduje się postać. Ilość kości jakimi rzucamy jest zależna od  naszego force rating, specjalnej cechy dostępnej tylko dla osób czułych na Moc. Jej pierwszy punkt dostajemy za darmo w ramach niektórych specjalizacji, lecz aby ją bardziej rozwinąć musimy wykupić znajdujący się wysoko na drzewku rozwoju talent.W Force and Destiny wszystkie profesje zapewniają force rating  na jeden, ale w pozostałych podsystemach mamy  specjalne specjalizacje, które umożliwiają rozwijanie tej cechy lecz  jej wzięcia możliwe jest tylko podczas gry. Najwięcej mocy opisano w Force and Destiny gdzie niektóre posiadają też warianty dla jasnej/ciemnej strony Mocy.

Rozdział dla mg oraz ten opisujący świat może nie zachwycają, ale też dosyć dobrze spełniają swoją rolę.  Rozdział dla mg daje parę ciekawych porad dla poszczególnych pod systemów takich jak na przykład utrzymywanie graczy w biedzie dla Edge of Empire, dzięki czemu gracze będą bardziej zdeterminowani do poszukiwania przygód i zajmowania się tym, czym niezbyt rozsądne i uzależnione od adrenaliny osoby robić powinny. Jeśli mowa o opisie świata, to przedstawiono nam najpierw wszystkie istotne regiony galaktyki, przy każdym z nich wspomniano milka nalważniejszych, lub najistotniejszych planet, nieco innych w każdym podręczniku, choć niektóre powtarzają się we wszystkich.  Jest tu widoczny przerost ilości, bowiem tak wielu światów zazwyczaj skrótowo opisanych nie jesteśmy w stanie zapamiętać. Na koniec przybliżono dokładniej kilka planet dobrze powiązanych z założeniami danego podsystemu. Nieco irytuje nieprzedstawienie choćby skrótowych opisów jeśli nawet nie bloków statystyk ras wspomnianych przy opisach poszczególnych planet.

Mamy też w tym systemie bestiariusz, niezbyt wprawdzie rizbudowany, ale moim zdaniem spełnia swoją rolę opisuje przede wszystkim wielu często spotykanych wrogów i raczej nie ma palącej potrzeby wydawania osobnego podręcznika, choć takowy by się przydał. Niestety, na razie takowy nie wyszedł. Przeciwnicy zostali podzieleni na trzy kategorie, z których tylko jednej, dotyczą takie same zasady jak graczy. Najsłabsi (minions) pojedynczo są prawie niegroźni lecz w większych grupach mogą być groźni i lepiej nie  brać przykładu z filmów i nie wystawiać się na niepotrzebny ostrzał.

Każdy z trzech podręczników podstawowych zakończony jest krótką przygodą wprowadzającą graczy w realia danego podsystemu. Niewiele mogę o nich powiedzieć, po za tym, że z tego co słyszałem dobrze pełnią swoją rolę, nieźle przybliżając nieco nietuzinkową mechanikę.

Wspomnę jeszcze o szczególe mechanicznym, który różni każdy z podsystemów.  Chodzi tu o coś, co nazwę mechanikami profilującymi, ponieważ określają to, kim postać będzie w świecie Gwiezdnych Wojen. Tak  więc w przypadku  Edge of Empire mamy obligation, w Age of Rebellion duty, a w Force and Destiny morality. Obligation i duty mają wartość punktową zazwyczaj wahającą się od 5 do 20. Obligation reprezentują wszelkiego rodzaju zobowiązania i skazy postaci, takie jak uzależnienie, długi finansowe czy nagrodę za nas wyznaczoną.  Wszystkie obligation postaci są układane w drabinkę tak żeby każda postać zajmował jakiś przedział liczbowy od 1 do 100 i następnie przed rozpoczęciem sesji rzucamy k100.  Jeśli wypadnie wynik wskazujący na jednego z graczy, wtedy wszyscy tracą nieco zmęczenia a ten na którego wypadło nawet więcej. Ma to oznaczać, że ciągnące się za daną postacią problemy w końcu ją dopadły i zaczęły utrudniać życie grupie. Bazowo przy 4 osobowej drużynie postać zaczyna z zobowiązaniami na 10 i może w zamian za dodatkowe punkty doświadczenia lub kredyty zwiększyć je. Podczas gry wartość obligations może się zmniejszać lub zwiększać zależnie od poczynań graczy i ich postaci. Duty reprezentuje powiązania gracza z rebelią i to, czym dokładnie się dla niej zajmuje. Duty funkcjonuje na odwrotnej zasadzie niż obligation, tym razem jednak im większe tym lepiej dla graczy, a za jego obniżenie otrzymuje się gratyfikację.  W przypadku gdy podczas rzutu początkowego wypadnie liczba z przedziału przypisanego dla danej postaci, on i jego towarzysze zyskają nieco zdrowia.

Moralność funkcjonuje nieco inaczej,  Wacha się od 1 do 100 dla każdej z postaci, choć jego bazowa wartość zawsze wynosi  50, co reprezentuje osobę nie opowiadającą się po żadnej stronie mocy. Każda postać musi wybrać swoją cnotę i skazę i potem może albo wziąć dodatkowe fundusze, punkty doświadczenia… Lub podwyższyć albo obniżyć do wysokości przesuwającej bohatera ku ciemnej bądź  jasnej strony mocy. Wartość moralności także zmienia się w trakcie gry, gdy użytkownik dopuści się działań niemoralnych nabywa on punkty konfliktu moralnego. Po zakończeniu sesji gracz rzuca k10 i jeśli wypadło więcej oczek niż miał konfliktu, zyskuje tyle punktów moralności o ile oczek więcej wypadło na kości i odwrotnie, jeśli wypadło mniej gracz tyle traci punktów moralności, ile mu brakowało do rzutu.

Na koniec wspomnę jeszcze o bardzo interesującym aspekcie tego systemu jakim są Destiny Points. Przed początkiem sesji każdy z graczy rzuca kością mocy. Punkty jasne idą dla graczy do wspólnej puli, a  ciemne do  puli dla Mistrza gry. Punktów tych można używać  do wspierania testów, aktywowania najpotężniejszych  talentów czy nawet wpływania na fabułę. Co ciekawe, destiny point który zostanie  zurzyty trafia do puli drugiej strony, która może go po chwili użyć.  Generuje to interesujące dylematy fabularne.

Nowe systemy gwiezdnowojenne uznaję za dobrze zrobione systemy rpg. Moim zdaniem znacznie lepiej oddają klimat Gwiezdnych Wojen niż poprzednie wydane przez Wizards of the Coast. Przede wszystkim mechanika pozwala na nie tylko lepsze sprofilowanie postaci pod  względem mechanicznym, ale także znacznie bardziej zachęca do wszelkiego rodzaju działań heroicznych, choć fakt, że istnieje nad wyraz duże prawdopodobieństwo, że po kilku zażartych bitwach nasza drużyna będzie posiadała więcej mechanicznych kończyn niż tych prawdziwych uznaję za całkiem zabawny choć nie jestem pewien czy tak całkiem zgodny z konwencją. Mam też wrażenie, że opis setingu zawartu w każdej podstawce jest nie dość, że znacznie obszerniejszy niż te zawarte w Saga, ale też o wiele treściwszy i takim laikom gwiezdnowojennym jak ja znacznie lepiej przybliża uniwersum wykreowane przez George’a Lucasa. Fajnie działają techniki, których użycie nie jest już limitowane, a możliwości modyfikowania sprzętu są oszałamiające jak na podstawkę. Za ogromną zaletę uznaję fakt, że drużyna bazowo może rozpocząć grę ze statkiem kosmicznym, co nie miało miejsca na przykład w Gasnących Słońcach.

System ma jednak wady. Podstawową jest podział na trzy podstawki, który nie ma absolutnie żadnego uzasadnienia po za chęcią zarobku przez  FFG. W przypadku systemów  rozgrywających się w uniwersum warhammera 40k miało to o tyle sensu, że zarówno potęga postaci, jak i model rozgrywki były zupełnie inne, tutaj jednak możliwości postaci, jak i model rozgrywki są podobne. Mam też wrażenie, że najlepiej przygotowanym podręcznikiem jest Edge of the Empre. Mechanika obligation wydaje się najlepiej napędzać przygody, a klasy i specjalizacje postaci wydają się być znacznie bardziej przemyślane. W Force and Destiny niektóre specjalizacje a nawet klasy wydawały się byś wymyślone tylko po to, aby nie było ich mniej niż w pozos5ałych podstawkach.  Moim zdaniem najmniej potrzebnym podręcznikiem jest Age of Rebelion, które stosunkowo łatwo można zasymulować pozostałymi podsystemami.

Innym zastrzeżeniem jest model rozgrywki zaprezentowany w Force of Destiny. Przez kilka lat gracze czekali na możliwość grania rycerzami Jedi, ale gdy ukazał się ten podręcznik okazało się,  że nadal nie jest to możliwe, bo postaci graczy są tutaj nadal jedynie „zwykłymi” użytkownikami mocy, którzy nie mają ani mieczy świetlnych  ani dostępu do mocy.  Pojawia się tu pewien znaczący problem, bowiem naprawdę nie widzę powodu, aby ZNOWU odmawiać graczom używania sztuczek Jedi, choć zarówno Ezra, jak i Anakin czy Luke potrafili to robić z minimalnym lub zgoła żadnym przeszkoleniem. Większy problem jest jednak Wiązany z mieczami świetlnymi. Kilka specjalizacji posiada bazo umiejętność Lightsaber, której jednak nie ma sensu rozwijać póki nie zdobędziemy własnego miecza.

Nowe Gwiezdne Wojny  to system dosyć nietuzinkowy, wprowadzający wiele ciekawych i pomysłowych rozwiązań.  W przeciwieństwie do dwóch poprzednich odsłon tego sytemu nie mamy tu do czynienia z lepiej lub gorzej dostosowaną mechaniką uniwersalną a systemem od początku do końca stworzonym na potrzeby tego sytemu… No dobrze, wcześniej był stosowany przy trzeciej nieco już zapomnianej edycji Warhammera, jednak jest na tyle dobrze dopasowana do tego uniwersum, że praktycznie jest to nieodczuwalne. Posiada parę wad, jednak niezbyt istotnych, głównie wynikających z nieco dziwnej linii wydawniczej i niekiedy nienajlepszego zróżnicowania mechanicznego. To bardzo dobra gra rpg, czy jednak zostanie wydana w Polsce? Prędzej w bardzo odległej galaktyce.

 

O recenzji i grach fabularnych można podyskutować nie tylko na tym blogu ale także na:

11

 

 

 

Ryuutama – czyli jak nie dać się zjeść przyrodzie.

ecran-ryuutama-fino-fino

Wszyscy niemal fantaści w Polsce znają anime i mangę oraz japońskie crpg, ale tradycyjne rpg, zwane tam table-talk  rpg , w jakie gra się w kraju kwitnącej wiśni pozostaje dla nas tajemnicą. Niektórzy najpewniej słyszeli o Records of Lodoss War, i być może Maid rpg, ale po za tym nie wiemy prawie nic. Niedawno jednak udało się  wydać na zachodzie Ryuutama: Natural Fantasy Roleplay.

O czym jest ten system? O podróżowaniu mówiąc najogólniej. Wedle założeń gracze wcielają się w wędrowców przemierzających średniowieczny świat fantasy. Seting nie jest jasno określony i możemy, przynajmniej w teorii, dodawać do niego o wiele bardziej fantazyjne elementy typowe dla innych gatunków. Jednak jedno jest pewne, tam żyją smoki i co ważniejsze, Ryuujiny.

Ryuujny to istoty smokom pokrewne, w naturalnej postaci wyglądające niczym piękni ludzie ze smoczymi skrzydłami i rogami na głowie. Służą one potężnym smokom pór roku, które są nadal jeszcze względnie młode jak na swój rodzaj i potrzebują pokarmu aby rosnąć. Nie je jednak zwyczajnego pożywienia, ale tak zwane travelogue, czyli dzienniki z podróży śmiertelników spisywane przez Ryuujina. I tu wkraczają postaci graczy.  To ich przygody zostaną opisane przez Ryuujna, który będzie czuwał nad ich wyprawą, stając się swego rodzaju alter ego mistrza gry. Smokowaty stara się zadbać o to, aby bohaterowie dotarli do końca swej wędrówki, choć jednocześnie może im rzucać kłody pod nogi. Ryuujin nigdy nie występuje w swojej naturalnej postaci i nigdy nie wspomaga postaci bezpośrednio. Może on być tym tajemniczym zakapturzonym goście, który zlecił im misję przez, którą udali się w podróż, bardem, którego opowieści natchnęły ich do opuszczenia rodzinnych stron czy tym mówiącym zagadkami mędrcem, który ostrzegł ich przed przekraczaniem  przełęczy czaszek, co oni i tak uczynili. Tak więc jest to  jeden z niewielu systemów, gdzie także mistrz gry ma swojego awatara.  Ryuujny nie są takie same, dzielą się przede wszystkim na cztery typy, odpowiadające konkretnym porom roku. Decyzja o wyborze naszego smokowatego determinuje typ kampanii ,w której  uczestniczyć będą gracze. Więc zielony Ryuujin reprezentuje wiosnę i przygody, którym patronuje będą opowiadać po prostu o czystej radości podróżowania i odkrywania nowych krain. Niebieski Ryuujin, którego porą roku jest lato pragnie opowieści o miłości, przyjaźni i zacieśnianiu relacji międzyludzkich.  Jesień to czas czerwonego, który lubi historie o wojnie i konflikcie.  Wreszcie czarny Ryuujin zimy będzie preferował przygody o zemście, grozie i tragedii. Nie wszystkie rodzaje smokowatych są jednakowo „łatwe” w prowadzeniu. Zielony jest przeznaczony dla początkujących drużyn, podczas gdy czarny jest wyjątkowo wymagający (i to podwójnie, o czym będzie dalej w tekście), i raczej przeznaczony dla doświadczonych mistrzów gry i graczy.

Teraz może kilka słów o mechanice gry. Podstawą jest rzut dwoma kość przypisanymi do atrybutu i dodanie do siebie wyników. Minimalny wynik na obu kościach (czy dwie jedynki)  to krytyczny pech, a maksymalne wyniki  na obu kościach to krytyczny sukces. W Ryuutamie używa się kości k4, k6, k8 k10 i k12, a z rzadka kilku innych Jak już wspomniałem, gracze są podróżnikami przemierzającymi świat, głównie po to, aby przeżywać przygody, przynajmniej jeśli patronują nam dwa pierwsze Ryuujiny. Postać tworzy się prosto, najpierw wybieramy profesję, jedną z siedmiu. Trzeba przyznać, że są one dosyć nietypowe w porównaniu do tego, do czego przyzwyczaił nas dedek.  Mamy do wyboru barda, uzdrowiciela, szlachcica, rzemieślnika, myśliwego, farmera i kupca. Każda z nich daje nam trzy zdolności, trzeba jednak przyznać, że nie są one za dobrze zrównoważone i niektóre mogą znacząco ułatwić wędrówkę. Potem przychodzi pora na określenie typu naszej postaci. Może on być bojowy, specjalistyczny i magiczny. Wszystkie one dają nam konkretne bonusy wraz z rozwojem postaci umożliwiają nam lepszą walkę, łatwiejsze podróżowanie  lub pozwalają na posługiwanie się magią. Typ bohatera jest niezależny od jego profesji, choć niektóre lepiej współgrają od innych.  Potem ustalamy atrybuty postaci. Każdy bohater opisany jest za pomocą 4 głównych statystyk i trzech pochodnych. Główne atrybuty to siła, zręczność, intelekt i duch.  Wysokość atrybutu determinuje nam jakiej kości będziemy używać . Jeśli wysokość atrybutu wynosi 6 to rzucamy k6 (przy wysokości 7 też rzucamy k6, ponieważ niepełne wartości zaokrąglamy w dół). Wysokość naszych atrybutów określamy przez wybór jednego z trzech zestawów, które można określić jako zrównoważony, wyspecjalizowany i bardzo wyspecjalizowany. Na podstawie atrybutów obliczamy ilość naszych punktów życia (hit pitos) punktów umysłu (Mental Points, pełniących głównie rolę many znanej z gier komputerowych i konsolowych) i udźwig, niezwykle ważny! Potem tylko musimy wydać  startowe pieniądze, wybrać naszą ulubioną broń i opisać naszego małego podróżnika. Nasz bohater zaczyna na pierwszym poziomie i walcząc z potworami, wykonując  udane testy topografii czy wreszcie padając „ofiarą” mocy naszego Ryuujna zyskują punkty doświadczenia. Co ciekawe, system nie uwzględnia zdobywania doświadczenia za przechodzenie scenariuszy czy też po prostu odgrywanie postaci.

Walka w Ryuutamie jest dosyć prosta. Gdy dochodzi do walki ustalana jest inicjatywa, która też pełni funkcję obrony postaci i bohaterowie oraz ich przeciwnicy nawzajem wymieniają ciosy. Pole bitwy jest mocno uproszczone. Istnieje tylko frontalna i tylna strefa graczy i podobne strefy u przeciwników. Gracze mogą się dynie przemieszczać w przód i w tył po swoich strefach. Na polu bitwy mogą się też znajdować różnego rodzaju obiekty jak na przykład beczki prochu, które mogą być wykorzystane przez obie strony. Jak już wspomniałem, mechanika gry jest mocno uproszczona. Istnieje tylko pięć rodzajów broni, choć atak każdym wymaga połączenia rzutów innych atrybutów, więc  każdy bohater może być w miarę skuteczny w walce.

W Ryuutamie postaci magów mogą się posługiwać dwoma rodzajami czarów. Pierwszy to zwykłe inkantacje, których uczymy się wraz ze zdobywaniem kolejnych  poziomów. Druga to magia pór roku, która daje dostęp do wszystkich czarów z wybranej przez gracza pory roku, o ile osiągnął odpowiedni poziom. Magia jest bowiem podzielona na trzy kręgi, do których dostęp odblokowuje się wraz ze zdobywaniem kolejnych poziomów. Ogółem nie jest ona t zbyt potężna i nie można znaleźć tutaj zbyt dużo typowo bojowych zaklęć, wiele natomiast znacząco ułatwia podróżowanie i przetrwanie w dziczy (choć z drugie strony w dedeku też ważniejsze są czary użytkowe)

Jednak tym co charakteryzuje Ryuutamę są zasady podróżowania. Każdego dnia bohaterowie, jeśli mają szczęście, przebywają jeden obszar. W tym czasie wykonują szereg testów, z których każdy musi przebić poziom trudności zależny od rodzaju terenu na którym znajdują się postaci. Trzeba przyznać, że wędrówka jest wyjątkowo mordercza. Jeden nieudany rzut może zaowocować zmniejszeniem ilości punktów życia o połowę, zagubieniem się w dziczy, czy niemożnością zregenerowania w pełni sił podczas odpoczynku. Testy są dosyć trudne i nawet wędrówka przez las w trakcie deszczu może się okazać mordercza, a kilka nieudanych rzutów uczyni z naszych herosów łatwy łup dla potworów licznie rojących się w dziczy. Trzeba też zadbać o pożywienie i wodę nie tylko dla bohaterów, ale też zwierząt pociągowych, a także dokładnie wyliczyć obciążenie, bowiem nasze postaci mają bardzo ograniczony udźwig. Wędrówka jest też kosztowna i podróżnicy muszą bardzo uważnie dysponować niedużymi zasobami z jakimi rozpoczynają.

Ryuujin, o czym już wspomniałem, czuwa nad podróżą naszych śmiałków. Każdy z tych stworów może wybrać jeden z przedmiotów, których wybór jest uzależniony od jego barwy. Prócz tego smokowaci moją do dyspozycji bededictions i reveil. O ile kilka z tych pierwszych może rzucić za darmo, to za większość interwencji przyjdzie mu zapłacić własnymi punktami życia. Jako, że odnawiają się one tylko wtedy gdy Ryuuiin awansuje na poziom, a to z kolei zdarza się co określoną liczbę sesji, podróżnicy nie powinni za bardzo polegać na wsparciu ich łuskowatego patrona. Podręcznik jest zakończony dosyć długim bestiariuszem, a w każdym razie składającym z wielu pozycji. Weterani japońskich gier rpg z konsol nie będą zaskoczeni, lecz zwykli gracze będą zdziwieni widząc zestaw istot przy których pokemony wydają się być wytworem naturalnej, wytłumaczalnej naukowo ewolucji. Może nieco przesadzam, lecz faktem niepodważalnym jest to, że menażeria zaprezentowana w Ryuutamie jest nadzwyczaj cudaczna. W końcu agresywne bakłażany to niecodzienny widok.

Oprawa graficzna nie jest zbyt bogata, ale dosyć ładna. Podręcznik utrzymany jest w pastelowych barwach, mi przywodzących na myśl stare gry w rodzaju  Final Fantasy Tactics, albo breath of fire 3. Najładniejsze są jednak stylizowane na szkice ołówkiem, pochodzące z dziennika wędrowca podobnego do tych, jakimi będą postacie graczy.  Czcionka jest dosyć duża i ogólnie rzecz biorąc podręcznik posiada niezbyt wiele treści w stosunku do objętości.

Jakie mam zdanie na temat samej Ryuutamy? Jest ono mieszane. Nie jestem pewien do kogo jest skierowany ten system. Z jednej strony podróżowanie jest dosyć groźne i może się skończyć tragicznie dla herosów. Kiepska pogoda może być znacznie groźniejsza od ataku potworów. Trzeba uważnie planować naszą trasę z uwagi na topniejące zapasy i fakt, że nasi bohaterowie  muszą bardzo uważnie wyliczać, ile mogą zabrać ze sobą wymusza nieco inne myślenie niż to, do jakiego przyzwyczaiło nas większość erpegów.  Z drugiej jednak strony samo podróżowanie sprowadza się do wykonywania kilku rzutów, na wynik których mamy znikomy wpływ. Szczególnie doskwiera brak  jakiejś tabeli spotkań losowych, która pozwoliłaby urozmaicić dosyć skąd inąd monotonną wędrówkę.  Jak na system o podróżowaniu,  zaskakuje kompletny brak poruszenia kwestii podróżowania po morzach i  oceanach. Właściwie  przekraczanie jakikolwiek większych zbiorników wodnych , łącznie z rzekami najwyraźniej znajdowało się po za wyobrażeniem autorów.

Mechanika działa poprawnie, choć radziłbym się wystrzegać wybierania zbyt wyspecjalizowanego zestawu atrybutów. Zasady są proste i funkcjonalne, szczególnie dobrze działa walka, szybka, choć pozbawiona większych wyborów taktycznych. Pewnym mankamentem są też profesje. Mam bowiem nieodparte wrażenie, że mniej więcej w połowie pracy nad nimi autorom skończyły się pomysły. Część zdolności się powtarza, co biorąc pod uwagę ich ogólnie niewielką liczbę (21!) jest moim zdaniem faktem karygodnym.

Ponarzekałbym też na kreację świata. O ile fakt, że nie jest on dookreślony, czy raczej w ogóle nieokreślony mi nie przeszkadza, to paradoksalnie autorzy narzucili nam ramy ściślejsze niż w niejednym tradycyjnym systemie z dokładnie opisanym światem. Seting wymyślamy przed rozpoczęciem kampanii i w odpowiednim rozdziale autorzy rzucają kilka pomysłów, ale wprowadzenie jakiegokolwiek pomysłu wykraczającego poza domyślny świat, czyli lekkie, wyidealizowane średniowiecze nie otrzymują żadnego wsparcia. Wszelkie zasady musimy wymyślić sami, co może nie jest bardzo trudne ze względu  na niski stopień komplikacji sytemu, ale co bardziej egzotyczne idee zamieszone na łamach podręcznika w stylu pociągów wożących ludzi po świecie kłócą się z duchem systemu.

Nieco niewykorzystany jest też pomysł wprowadzenia Ryuujinów. Zamiast ciekawego i wszechstronnego plot device, równie często pomagającego graczom jak i pakującego ich w kłopoty  w imię pozyskania materiału na dobą opowieść, mamy umotywowaną fabularnie ostatnią deskę ratunku dla zbyt pewnych siebie lub po prostu pechowych bohaterów. Także temat systemu średnio współgra z Ryuujinami innymi niż zielony. Szczególnie czarny wydaje się być kompletnie niedopasowany do mimo wszystko dosyć lekkiej gry.

Czy więc Ryuutama jest grą złą? W żadnym wypadku! Jest to po pierwsze idealny system wprowadzający dla młodszych graczy. Mechanika jest raczej intuicyjna i łatwa do zrozumienia, wystarczy tylko wprowadzić kilka drobnych zmian co do interpretacji rzutów. Także fani takich gier jak Banner Saga mogą uznać Ryuutamę za pozycję godną uwagi. Bowiem to niezła, ale tylko niezła gra.