Mary Sue – czy istnieje?

Mary Sue – termin używany, aby opisać postać, która jest absolutnie idealna i pozbawiona wad. Łatwo się spotkać z nim. we wszelkiego rodzaju dyskusjach dotyczących popkultury. Moim zdaniem jednak trzeba zadać sobie pytanie, czy Mary Sue w ogóle istnieje?

                Literatura ewoluuje, ale jak wszystko, po spirali powracając co jakiś czas do dawnych rozwiązań, jednak prezentując je w inny sposób. Nietzshe pisał o żywiole Apolińskim i Dionizejskim, nieustannie walczące o dominacje, ale osobiście uważam, że istnieje  o wiele więcej bardziej wysublimowanych przeciwieństw, przeplatających w nieustannym tańcu. W tym tekście i interesuje mnie podejście do głównego bohatera opowieści i tego, w jakim świetle jest przedstawiany, a dokładniej, bohatera opromienionego blaskiem tak jasnym że aż wypalającym oczy, Mary Sue.

Mary Sue pojawiła się w latach siedemdziesiątych ubiegłego wieku w prześmiewczym opowiadaniu wydanym w startrekowym fanzinie. Opowiadało ono dzielnej, pięknej i mądrej Mary Sue, najmłodszej  porucznik w gwiezdnej flocie, której umiejętności przyćmiewały oryginalną załogę. Opowiadanie powstało jako parodia głównych bohaterek fan fiction wysyłanych przez czytelniczki, które właśnie były takie doskonałe i wspaniałe. Od tamtej pory (razem z męskim odpowiednikiem Garym Stoue), na stałe zagościły w slangu fandomu. Setki postaci były określanych  mianem Mary Sue, jednak moim zdaniem, Mary Sue nie istnieje. Odważna teza, lecz będę jej bronił.

Po pierwsze, jest bardzo względna. Trudno precyzyjnie określić kiedy mamy do czynienia z tym typem postaci. Często po prostu owo określenie jest przypisywane postaciom, których się nie lubi. Dwa bardzo dobre przykłady do Korra z „Legendy Korry” i Daenerys z „Pieśni lodu i ognia”. Korra jest zdolnym Awatarem, poznajemy ją już gdy włada trzema żywiołami. Jednak przez cały serial co i rusz ponosi porażki, nieraz bardzo dotkliwe. Ale została uznana za Mary Sue. Egzystencja Daenerys to nieustanna sunisoida wzlotów i upadków, które pod koniec „Tańca ze spokami”, wróciła na początek swojej wędrówki. A też jest nazywana Mary Sue. Gdzie tu logika? Ano nigdzie. Każda z tych postać potrafiła drażnić. Korea za niebycie-Aangiem i ogólne wady serialu, a Daenerys za przypominanie księżniczki Disneya (co jeszcze było podkreślone przez grę Emile Clark w produkcji HBO).

Dochodzi tu też kwestia złego napisania postaci lub po prostu niskiej jakości dzieła. Rey z trylogii sequeli miała wszystkie cechy bezpiecznego głównego bohatera… czyli de fakto pozbawionego jakichkolwiek cech charakterystycznych. Wiecie, wystarczy porównać ją z Anakinem, także przecież źle napisanym, aby dostrzec jak bardzo była to nijaka postać, zwłaszcza w pierwszej części. Z drugiej strony Sabrina z Netflixowego serialu miała chyba, ze ogromnej rzesz znanych mi bohaterek, najwięcej cech Mary Sue. Jednak serial był tak pretensjonalnie napuszony i przepełniony irytującymi motywami, że w gruncie rzeczy nie odczuwało się jej marysuikowatości.

Drugi powód to kwestia konwencji. Różne formy dzieł kultury mają odmienny styl i też inaczej trzeba traktować ich bohaterów. W filmach przygodowych, Spece Operze i kinie superbohaterskim mamy większe przyzwolenie na „Idealność” niż w przypadku kryminału noir. Takiemu Jadirowi, Ineverze z Cyklu Demonicznego w pewnym sensie bliżej do Mary Sue, niż do Mordimera Maderina z seri książek o inkwizytorze. Czasem, choć dosyć rzadko, właśnie owa idealność czy wspaniałość jest cechą charakterystyczną postaci. Dobry przykład to Anasurimbor Kelhus z „Księcia Nicości”, który w pewnym sensie jest przykładem człowieka doskonałego… I jest jedną z najstraszniejszych postaci jaką znam.

Po trzecie, sama idea ociera się o seksizm. Wróćmy na przykład do pierwotnej Mary Sue wspomnianej wcześniej. Pomijając już fakt, że sama w sobie była parodią, to nie da się ukryć, że nie była pierwszą Mary Sue w uniwersum Star Treka. Ten tytuł należy się raczej Jamsowi Tiberiusowi Kirkowi. Tu jestem odrobinę złośliwy, bo jak wspomniałem, Mary Sue jest tworem bardzo względnym.  Jednak to fakt, że kobiece postaci z fan fiction dorównywały oryginalnej załodze mógł być powodem stworzenie owej parodii.

                Posłużę się może przykładem ze znacznie lepiej mi znanej Pieśni Lodu i Ognia. Mało kto zdaje sobie sprawę, że na tytuł Mary Sue zasługuje nie Daenerys, czy nawet Aryia, a… Jon Snow. Ratuje życie dowódcy, zdobywa szacunek zarówno wśród dzikich, jak i Nocnej Straży, ratuje Mur, aż w końcu zostaje jednym z najmłodszych dowódców nocnej straży w historii. Nie licząc ostatniej decyzji z Tańca ze smokami, nie popełnia znaczących błędów i zawsze wychodzi ze wszystkich zawirowań obronną ręką.

Aktualnie prawie każda żeńska postać pokazywana w filmach jest oskarżana o bycie Mary Sue. Zaczęło się chyba od Ostatnich Jedii, które było chyba pierwszym filmem zaatakowanym ze strony „reakcyjnej” popkultury. Chyba kwintesencją tego jest fala krytyki jaka spadła na Kapitan Marvel za nachalny feminizm, choć osobiście tego filmu nie nazwałbym feministycznym, a antywojennym. Ale prawdę mówiąc, teraz coraz trudniej czyta się komentarze pod filmami, jeśli choć pojawi się cokolwiek „lewackiego”.

Jak widzicie, jestem raczej przeciwnikiem używania tego terminu, który jest skrajnie nieprecyzyjny i współcześnie  stał się raczej wyrazem pewnej agendy politycznej. Mary Sue to jest zawsze coś, co przydarza się tym innym filmom, których i tak nie lubimy. Od biedy tego terminu można by używać w przypadku postaci z jednej strony, napisanych do bycia lubianymi, a z drugiej strony strasznie irytującej. Tak Sabrino, o tobie mówię. Mimo to, uważam, że termin ten sprawia więcej problemów, niż pożytku.

Czarno to widzę czyli wróżenie z mrocznych fusów

Jestem pesymistą. Przyszłość zawsze widzę w czarnych barwach i zakładam to co najgorsze. Więc zazwyczaj jest lepiej niż przypuszczałem, a gdy mam rację, to… przynajmniej mam rację. A to też miłe. Wiem, że wydaje się to dziwne, ale może to być taki odruch obronny czy coś podobnego. Nie ułatwia to życia i sprawia, że ciągle się wszystkim martwię lub się boję. Nic chyba na to nie poradzę, zwłaszcza, że w mojej kondycji zdrowotnej, nigdy nie mam powodów z radością czekać na przyszłość. Taki już mój los. Pozostaje cieszyć się chwilę.

Co jednak według mnie przyniesie przyszłość?

Wojna w Ukrainie skończy się źle dla wszystkich. Dla Rosji w najlepszym przypadku upokorzeniem i ostateczną utratą autorytetu. W najgorszym kryzysem ekonomicznym na skalę większą niż za Jelcyna. Może skończyć się to Upadkiem Putina, którego zastąpi Neoputi, albo kandydat oligarchów. Gorzej, że może też dojść do wojny domowej, doprowadzi to następnej fali uchodźców, takiej już zupełnie ironicznej, totalnego obłędu na rynku surowców, a w najweselszym wariancie, wybuchnie niewielki konflikt nuklearny…

Przyszłość świata zapowiada się źle. Wojna w Ukrainie sama w sobie ma niewielkie znaczenie, lecz wielostronne skutki sankcji dotkną nas wszystkich, dokładając się do i tak poważnego kryzysu wywołanego przez Covid. A przecież nie znikło zagrożenie zmianami klimatu wywołanymi przez globalne ocieplenie, a nadciąga widmo nowego kryzysu ekonomicznego.

Oczywiście, Ukraina będzie miała znacznie gorzej. Gospodarka tego kraju nawet w przypadku pełnego zwycięstwa, będzie kompletnie zrujnowana, i nawet z pomocą Zachodu, miną lata, zanim wróci do dawnego stanu, który przecież wcale nie był dobry. To wywoła dalsze niepokoje, i zmusi uchodźców do pozostania za granicą, jeszcze bardziej osłabiając potencjał ekonomiczny tego kraju. Jednak najpewniej utraci część ziem, zwłaszcza dotkliwa może być strata portów nad Morzem Czarnym, które okaleczą ekonomię Ukrainy. Po za tym, gdy kurz opadnie, to minie powszechna zgoda narodowa i zacznie się szukanie winnego porażki. A winny zawsze być musi, bo jakże by było inaczej? Zacznie się więc szukanie zdrajców i szpiegów, w to nie wątpię. Skoro u nas, w warunkach pokoju, potrafiono się nawzajem zarzucać sobie szpiegowanie na rzecz Rosji, to tym bardziej może to stać się w Ukrainie, tak przecież straszliwie zniszczonej wojną. Najgorzej może mieć aktualny prezydent Wołodymyr Zelenski. Nie mógł zrobić więcej dla obrony swego kraju, ale czy to może komukolwiek przeszkodzi to w oskarżeniu go o zdradę? Przecież wojnę „przegrał”. Oczywiście, zawsze może zostać dyktatorem, a wtedy usłyszymy mroczny rechot historii.

W Polsce też będzie źle. Po pierwsze ceny. Jak była bida, tak będzie straszliwa bida. Jesteśmy w bardzo wrażliwym momencie. Nasz poziom życia powoli rósł i przyzwyczajaliśmy się do względnego dobrobytu, choć kosztem rosnącego zadłużenia. Sam czułem rosnącą nadzieję związaną z nadchodzącą przyszłością. Ale wtedy uderzył Covid. Tylko w czasie zarazy ludzie zaczeli oszczędzać na jednych rzeczach, lecz konsumpcja innych wzrosła. Ludzie zakładali Netflixa, wydawali pieniądze na gry i inne prostsze przyjemności. A wzięte kredyty nadal trzeba było sł topłacać. Potem wybuchła wojna, inflacyjne tsunami nas dosięgło, a bank centralny podnosił stopy procentowe. Nagle większość społeczeństwa zderzyła się z ścianą i musiała ZNOWU zaciskać pasa. Dla wielu był to kolejny raz, gdy musieli mierzyć się z biedą, dla innych i pierwszy taki przypadek. Prawdę mówiąc, nie wiem co jest gorsze. Jednak tym razem ludzie mogą już mieć zwyczajnie dość. Polacy stali się, wbrew temu co sami o sobie myślą, narodem bardzo uległym i fatalistycznym, ale są jednak rzeczy, których nie mogą znieść. Tylko tu pojawiają się jednak kolejne aspekty naszej niewesołej sytuacji.

Polacy są ludźmi z jednej strony bardzo pragmatycznymi, ale z drugiej strony łatwo poddającymi się emocjom. Zwłaszcza tym negatywnym jak strach czy zazdrość. W  ostatnich miesiącach do naszego kraju uciekło około trzech milionów uchodźców z Ukrainy. Wielu z tych ludzi zostanie u nas na lata, a może na zawsze. Wiecie, nasz kochany i cudowny rząd już kilka lat temu naszczuł nas na uchodźców z Syrii, których nie było. Teraz przy rosnącej inflacji i nieuchronnym wzroście bezrobocia, jakaś partia przypadkiem nazywająca się Konfederacja może zrobić to samo i z podwójnie strasznym skutkiem.  Nie dość, że wygra partia, której zwycięstwa absolutnie bym nie chciał, to jeszcze przez kraj może przetoczyć się fala nienawiści, która sama zbierze krwawe żniwo.

Tak wygląda przyszłość w moich oczach, a nie wspomniałem jeszcze o globalnym ociepleniu, możliwym głodzie, nowej pandemii czy innych bardziej prywatnych sprawach, o których nie chcę pisać. W każdym razie

Dusza sępa

Inwazja na Ukrainę  była dla nas szokiem. Liczyliśmy, że po Covidzie czeka nas kilka lat spokoju na leczenie ran. Jednak okazało się, że pragnienie Putina, aby przejść do historii niezależnie od ceny, jaką będziemy musieli zapłacić.  Co niestety, najpewniej mu się uda.

Jako dziennikarz z wykształcenia mam świadomość, że ludzie wykonujący ten zawód są postrzegani jako sępy. Poniekąd jest w tym wiele prawdy. My dziennikarze zaspokajamy naszą potrzebę, abyśmy czuli się poinformowani, niekoniecznie byli poinformowani. W rzeczywistości mamy w sobie coś z błaznów, którzy starają się żonglować słowem, aby przekazać informacje nie narażając się na karę. A najsmutniejsze jest to, że ludzie chcą tylko słuchać informacji, które potwierdzają co i tak już wiedzą. Zwątpienie jest aż fizycznie bolesne. Ludzie fanatycznie wierzący nawet w skrajnie odmienne sprawy mają ze sobą więcej wspólnego niż ze sceptykiem, człowiekiem letnim czy jak się teraz czasem mówi symetrystą.

Czy więc dziennikarz ma jedynie wybór bycia fanatykiem lub biedakiem, którego nikt nie słucha?? No nie do końca. Wielu dziennikarzy, być może większość, pisze to, za co dostaną pieniądze lub po prostu to co zleci góra. Może wydawać się to konformistyczne, ale nic nie jest czarnobiałe. Po pierwsze, no trzeba z czegoś żyć, a zwłaszcza w tych czasach, nie można sobie pozwolić na wybrzydzanie. Mówi się, że prasa papierowa  umiera, Czasem też musi coś napisać, choć nie zgadza się z konkretnym artykułem, bo jakoś trzeba utrzymywać relacje z kolegami i szefostwem. W żadnej redakcji nie ma jednakowych poglądów, i dobrze, bo tak nie powinno być. Ale nawet gdy piszemy o rzeczach, z którymi się nie zgadzamy, to możemy mimowolnie zacząć je popierać. W ten sposób w czasie Wojny w Korei indoktrynowali amerykańskich jeńców każąc im (w uproszczeniu), pisać referaty wychwalające komunizm. Po jakimś czasie zaczynali szczerze wierzyć w to, co pisali. To naprawdę działało, choć wymagało czasu i wielkiej wprawy przesłuchujących.

Pamiętam wojnę w Iraku. Był to czas, gdy Polska straciła swoją niewinność. Ironiczne, ale też i smutno było to, że niezależnie od orientacji politycznej, wszyscy roili o zacieśnianiu więzi z USA i kontraktach na odbudowę kraju. Obelenie tyrana było sprawą drugorzędną.. Ta wojna, której Polacy w większości się sprzeciwiali, zapoczątkowała łańcuch wydarzeń, który doprowadził do dzisiejszej sytuacji. Wtedy razem Miler z Kaczyńskim stanęli naprzeciw „Starej Unii”. Przez to część Europy uznała, że nie ma co liczyć na nowych członków, USA staje się żandarmem świata i może warto dogadać się z Rosją, aby stworzyć przeciwwagę. Jednak tym, co mnie do dziś smuci było ogólne przyzwolenie dziennikarzy na działania Amerykanów. Pamiętam, jak Tomasz Lis z zachwytem opowiadał o kolejnych zwycięstwach naszej koalicji.

Jednak gdy wspominam tamtą wojnę muszę przyznać jedno, dziennikarze byli wtedy bardziej profesjonalni. Dziś mam wrażenie, że odwołują się do naszych emocji, dużo krzyczą, ale zdumiewająco mało przekazują informacji. Dużo mówią o bohaterstwie Ukraińców, o głupocie Rosjan i o tym, że trolle czyhają. I to wszystko. Bardzo niewiele nienacechowanych emocjami wiadomości. Nawet broń jest straszna lub wspaniała. Wiem, że ta wojna jest nam wszystkim dużo bliższa niż jakakolwiek inna, lecz z tego też powodu chciałbym, czuć się bardziej poinformowany. A tak otrzymujemy pytania „Czy Rosjanie mają na froncie cały sprzęt elektroniczny?” Czyli co? Gierki ze zbieraniem jajek też? Albo rozważania, czy Rosjanie zajęli Czarnobyl, aby zdobyć pozostawione tam paliwo do reaktora. Choć to ostatnie zostało podpowiedziane przez jakiegoś generała, więc żurnały mogą być trochę usprawiedliwione. Niestety, ale nie tak to powinno wyglądać.  Aby zdobyć bardziej konkretne informacje muszę wchodzić na stronę Al Jazhery przeczytać wmiarę rzetelne, nienacechowane emocjami wiadomości.

Martwi mnie też jak bardzo media włączyły się w retorykę patriotyczną. Nie wiedzą, czy Rosja jest niebywałym zagrożeniem, czy też bandą prymitywnych idiotów, aczkolwiek wszystko wskazuje, że prawdziwe jest to drugie. Zachwycają tym, że cywilom rozdaje się broń i uczy robienia koktajli mołotowa, choć tego raczej nie powinno się tego robić, bo da to agresorowi usprawiedliwienie do brutalizacji swoich działań. Tutaj kuriozum było moim zdaniem zdjęcie z niepełnosprawnymi robiącymi butelki z benzyną. Ale chyba najgorsze jest, jak nasze kochane sępy cieszą się, że Ukraińcy zgotują Rosjanom drugi Afganistan. Podczas radzieckiej interwencji w  Afganistanie kilkadziesiąt tysięcy Rosjan zginęło ponad milion Afgańczyków. Ja przepraszam, ale nie jest to perspektywa, która powinna radować kogokolwiek.

Trochę też boję się polowania na rosyjskie trolle. Przypuszczam, że każdy choć trochę wyłamujący z powszechnego optymistycznego trendu może otrzymać łatkę sługi Kremla i co gorsze, może to się rozszerzyć na wszelkie niewygodne opinie. Jest w tym pewna ironia, bo przez ostatnie dziesięciolecia to prawica przodowała w szukaniu rosyjskich szpiegów, wystarczy przypomnieć historię premiera Jerzego Oleksego. Teraz jednak nasz kochany, paranoiczny rząd będzie czuł się usprawiedliwiony. Może nawet dojść do dziwnej sytuacji, że lewica z prawicą zaczną się nawzajem oskarżać o bycie „ruskim szpionem”. Co może być równie zabawne, co tragiczne.

„Zła wiadomość to dobra wiadomość” to ulubione stwierdzenie wielu dziennikarzy. Ta wojna spadła dziennikarzom z nieba. To cyniczne, gorzkie i okrutne, ale niestety prawdziwe. Przynajmniej dla dziennikarzy, którzy żyją z mówienia nam tego, co uważamy za ważne. Albo wręcz z tworzenia w nas potrzeby, aby wiedzieć więcej na jakiś temat. Uczą nas szukania wiadomości, z których każda z osobna jest prawdziwa, ale razem przedstawiają zafałszowany obraz rzeczywistości. Zakłamany i spaczony niczym dusza sępa… Ale sęp je tylko padlinę naszych uczynków…

Moje Guilty Pleasure czyli co nie tak z „Chilling Adventures of Sabrina”

Słyszałem kiedyś, że boom na seriale skończy się, gdy zechcą zrebootować „The Lost”. W sumie byłby to ciekawy pomysł, ale raczej przyjdzie nam trochę poczekać na jego realizację. Tymczasem możemy oglądać ekranizację komiksu „Chilling Adventures of Sabrina” zrealizowanej przez Netflix. Stał on się dla mnie niezwykle poruszającym dziełem, choć nie w sposób jakiego chcieli twórcy.

Sabrina Spellman jest nastolatką dorastającą w miasteczku Greendale GDZIEŚ w USA. Na początku serialu staje ona przed trudnym wyborem, musi bowiem zdecydować czy przejdzie mroczny chrzest i zostanie czarownicą, czy zostanie człowiekiem i będzie żyć jak zwykły śmiertelnik razem ze swoimi przyjaciółmi i chłopakiem. Jest w wyjątkowej sytuacji, bowiem jest dzieckiem czarownika i śmiertelnej kobiety. Jednak Kościół Mroku, czarownice i siły piekielne nie chcą pozwolić jej dokonać samodzielnego wyboru.

To tyle wprowadzenia. Brzmi ciekawie, co nie? No nie do końca. Chyba na początku warto wspomnieć, że serial jest ekranizacją komiksu o takim samym tytule, a nie nową wersją serialu z lat 90, (który też jest ekranizacją komiksu), na co wielu widzów nie było przygotowanych. Serial jest więc niezwykle, wręcz śmiertelnie, poważnym. A jednocześnie strasznie… naiwnym? Dydaktycznym? Zgadzając się z Boyem Żeleńskim jestem zwolennikiem o wiele ostrzejszego i surowszego traktowania dzieł zaangażowanych i roszczących sobie pretensje do artyzmu. A tak jest właśnie z Sabriną. Serial stara się poruszać tematy takie jak prawa kobiet, wolność religijna itp… Tylko to średnio działa, a w pewnych przypadkach wychodzi wręcz … niesmacznie.

Tak dla uproszczenia, na potrzeby dalszego wywodu odnoszę się do popkulturowej wizji satanizmu, nie tego jak funkcjonuje w realnym świecie, bo to w kontekście serialu nie ma znaczenia.

Zacznijmy może od Kościoła Nocy. Kult szatana przed stawiony w serialu jest najbardziej  zły jaki widziałem. Jego wyznawcy nie są źli, w sumie najgorsi są dla siebie nawzajem. Są po prostu zwykłymi dupkami. Seksistowcy, normalsofobiczni i intrygujący bez potrzeby. Na dodatek są bardzo niekonsekwentnie pokazani. Z jednej  strony organizują orgie, nie mają nic przeciwko związkom homoseksualnym czy BDSM, a z drugiej strony wizja dziewczyny jako starosty szkolnej wywołuje święte oburzenie? Ale o co tu chodzi? Kościół Nocy ma bardzo niekonsekwentną ideologię, zmieniającą się zależnie od tego, co twórcy sobie umyślą. Niema on żadnej podpórki ideologicznej. Nie są to ani prometeanie chcący wyzwolić ludzkość z więzów narzuconych przez samolubnego Boga, ani bezwzględni oportuniści szukający władzy i potęgi, ani nawet fanatycy chcący mordować szczeniaczki. Po prostu są zlepkiem różnych dziwnych motywów. Na przykład na święto dziękczynienia zjadają jedną losowo wybraną czarownicę, czczą święta jako celtyckie Samahaim i tak dalej.

Dosyć oczywiste jest to, że kościół nocy z serialu to metafora chrześcijaństwa i to dosyć łopatologiczna. Wiecie na zasadzie: Bo te chrystiakii to są złe, nie szanują kobiet, zmuszają do chrztu i zjadają dzieci na komunii. Mam taki dowcip, że jak ktoś demonizuje nielubianą grupę, to sarkastycznie przypominam mu, żeby nie zapominał, że mają też rogi i . Tak żartowałem z naszej prawicy nienawidzącej imigrantów i tak będę się śmiał z ludzi podobnych do twórców tego serialu. Ironiczne, że w o wiele mniej ambitnym Lucyferze potrafili dać mądrzejsze interpretacje biblijnych motywów niż to co prezentuje ten serial.

Chyba nadmiar ambicji jest największą wadą tego serialu. Stara się być jak najbardziej inkluzywny i postępowy, ale często okazuje się, że efekt jest odwrotny… Zacznijmy może od ciotek Sabriny, Zeldy i Hildy. Są siostrami o bardzo toksycznej relacji, właściwie toksycznej tylko dla Hildy. Zelda od dziesiątek lat jej dokuczała, dręczyła ją i nawet zabijała. Hilda przez wiele lat właściwie nie miała własnego życia, śpiąc w jednym pokoju i mieszkając z kobietą, która de facto absolutnie nad nią dominowała. Pod koniec pierwszego sezonu sytuacja zaczyna się zmieniać, ale nie to jest tu problemem. Dziwne jest, że Sabrina kompletnie ignoruje sytuację w domu i nawet nie komentuje relacji w obrębie rodziny. Przez jej postawa „Obrończyni uciśnionych” wydaje się być pusta.

Gorzej wypada wątek czarownic. Wiecie, w serialu wszystkie wiedźmy są satanistkami. Co jest pomysłem pod wieloma względami bardzo złym. Zacznijmy od tego, że w naszym świecie naprawdę istnieją czarownice, a przynajmniej kobiety się za nie podające, które są albo neopogankami, albo nawet chrześcijankami, i z satanizmem nie mają nic wspólnego. Na dodatek twórcy silnie wiążą owe czarownice  z realnymi procesami z Salem, gdzie zamordowane kobiety nigdy czarami się nie zajmowały. A należy pamiętać, że nadal odbywają się procesy o uprawianie czarów podczas których giną ludzie. Zabawne i smutne jest też to, że biorąc pod uwagę jak wredni i niesympatyczni są członkowie kościoła Nocy, to wcale nie dziwię się, że ludzie nie chcą aby pośród nich mieszkali. Więc tutaj mamy poniekąd  racjonalne uzasadnienie prześladowań. Nie przeszkadzało by mi to, bo oglądałem wiele lepszych i gorszych filmów o złych wiedźmach, ale tu autorzy starają się robić film z dydaktycznym zacięciem, więc powinni pomyśleć o wydźwięku tego co pokazują,

Jeśli o wątki poboczne, to chyba w miarę ciekawy jest wątek Theo, transseksualnego chłopaka i kumpla Sabriny. Poza tym, że na początku drugiego sezonu ni z tego ni z owego zaczyna się interesować koszykówką, i chce wstąpić do drużyny, choć jej członkowie w poprzednim sezonie dręczyli go…  Przyjaciółka Sabriny, Rose, ma niewiele do roboty. Mam wrażenie, że ta postać jest tylko po to, aby można było ukazać źle niedobrego pastora i dać pretekst pod powtarzalną Deus ex-machina.

Sympatyczny jest Ambrose, kuzyn Sabriny skazany na areszt domowy za próbę wysadzenia Watykanu. Z jednej strony dosyć zwyczajny, wydający się należeć do świata śmiertelnych bardziej niż jego kuzynka, z drugiej potrafi działać gdy to jest konieczne.

Dziwne siostry i jeszcze dziwniejsza nauczycielka istnieją głównie aby być krypne i pchać fabułę do przodu.

Trochę inaczej ma się sprawa z Harveyem, chłopakiem Sabriny. Jego wątek wydaje się być dosyć typowy. Od ojciec ultra zły tyran i pijak, brat troskliwy obrońca. Ot, wymarzona przez lewicowca rodzina prawicowca. Sam Harvey przez pierwszą połowę pierwszego sezonu jest ot wymarzonym chłopakiem nastolatki. Potem, gdy jego brat ginie i zostaje wspaniałomyślnie wskrzeszony przez Sabrinę, jest to zresztą jeden z najlepszych momentów serialu.

Sama Sabrina ma dosyć typowy problem  głównego bohatera. Po prostu starano się aby była fajna, co działało w gruncie rzeczy odwrotnie. Nie lubię używać tego terminu, ale muszę nazwać ją Mary Sue. Po prostu zawsze ma racje, a nawet jak nie ma, to wydarzy się coś, co udowodni, że jednak ma. Ewentualnie wszystko to wina cyklistów i masonów.  Byle nie głównej bohaterki, bo powstałaby jeszcze jakaś głębia…

„Chiling Adventures of Sabrina” jest jednym z tych tworów, które wzbudzają niechęć do idei, którą chcą propagować. Nie jest to może poziom filmów o Papieżu, ale lewicowy odpowiednik „patriotycznych” filmów, jakim nas w swoim czasie katowano w szkołach. Kolejny dowód na to, że nie najważniejsze jest to, co się mówi, ale jak się mówi.

O Sandersonie słów parę

Brandon Sanderson to jeden z najpopularniejszych pisarzy fantasy ostatnich lat, a także jeden z najpłodniejszych. „Z Mgły Zrodzony” właściwie stał się już klasyką, a „Archiwum Burzowego Światła” także jest bardzo interesujące. Nie da się jednak ukryć, że ów pisarz ma kilka przywar, które mnie  drażnią. Postaram się przekazać czytelnikom nieco swoich przemyśleń na temat twórczości tego autora

Piszę kreskówkę czyli o stylu.

Nie jestem specem od kreskówek i anime, w gruncie rzeczy oglądałem tylko kilka serii, ale jestem fanem „Legendy Anga” i „Legendy Korry: i mam wrażenie, że Sanderson także nim jest. O ile Elantris skupione jest na koncepcie wyklętych świętych, tak mam silne wrażenie, że „Z mgły Zrodzony” był taką własną wersją „Legendy Anga”.  Zwłaszcza w Ostatnim Imperium widać podobieństwa. Mistycyzm nadanych mocy, ich godna wuxia widowiskowość, ale też nie unikanie rozmowy o poważnych sprawach ani też nie zapomina o zdrowej dawce ciepłego

W każdym razie „Z mgły zrodzonego” cechuje duży dynamizm starć oraz silne nastawienie na akcję, zwłaszcza w pierwszym tomie. Starcia są  bardzo przestrzenne, niczym w „Legendzie Aanga” lub „Atack on Titan”. Jednocześnie bardzo charakterystyczne jest nałożenie na moce bohaterów sztywnych ram, w których one funkcjonują. O tym jednak więcej napiszę potem. Jak wspomniałem Sanderson porusza dosyć poważne tematy, nie stroni od przemocy, nieraz całkiem brutalnej. Jednak nie uświadczymy  brudu, błota i gówna. Świat Sandersona jest mimo wszystko daleki od tego, do czego przyzwyczaił mnie Sapkowski, Erickson czy nawet dosyć pogodny Martin. Bywa, że zabijanie staje się wręcz zbyt łatwe, ale akurat bohaterowie sami zauważają jak strasznych rzeczy są w stanie dokonać. 

Sympatyczne te mgły  i burze

Bardzo podoba mi się ogrom sympatyczności obecnej w powieściach Sandersona. To dosyć zabawne, bowiem często stawia on swoich bohaterów niewyobrażalnych przeciwności i trudnych wyborów. Jednak zawsze tam gdzieś znajduje się całkiem dużo ciepłego humoru. Mimo grozy czającej się na widnokręgu, wielu bohaterów zachowuje pogodę ducha i wiarę, że w świecie jest dobro. Humor nie jest ostry i cyniczny, ale naprawdę przyjemny. Nie przytoczę tu nic, z obawy przed spaleniem dowcipu niczym Tyrion flotę Stanisa. Wydaje mi się, że dochodzi tu do głosu bardzo amerykańska postawa Autora, który wierzy w to, że zawsze należy mieć nadzieję. Jest tu pewna naiwność, ale podana tak uroczo i szczerze, że to kupujecie to bez dyskusji.

Jesteśmy burzowo grzeczni.

Sanderson może nie stroni od krwi i przemocy, lecz po za tym jego książki są bardzo grzeczne. Seksu „na widoku”, tam raczej nie uświadczymy, co najwyżej buzibuzi i trzymanie się za rączki. Ogólnie większość bohaterów bardzo pilnuje swej cnoty, zwłaszcza tych co bardziej sympatycznych. Chyba tylko raz, i to nie na oczach czytelnika, ktoś się z kimś przespał. Zresztą także mało kto tu przeklina, co chyba najbardziej widać w studni wstąpienia, gdzie pojawienie się przeklinającego księcia wzbudza poruszenie, choć mówi tylko… cholera. Nie jest to aż tak absurdalne jak w „Kole Czasu”, gdzie pani papież trzęsąca połową świata jest zszokowana widokiem kobiet w krótkiej spódniczce. To jednak autor nie ukrywa, że ludzie to robią i są sobą zainteresowani z fizycznych pobudek.

Dosyć ciekawy i ważny jest stosunek do alkoholu. Picie zawsze jest związane z występkiem lub jakąś tragedią, albo przynajmniej jest opisywane jako coś nie do końca etycznego. To chyba takie dziwactwo autora, które w sumie jest sympatyczne.

Racjonalne czarowanie

System magii z dokładnie opisanymi ograniczeniami stał się cechą charakterystyczną twórczości Sandersona i każdej jego kolejnej powieści wyczekujemy nowych  mocy. Bardzo mocno widać i tutaj, że inspirował się „Ostatnim Władcą Wichru” czy „Stalowym Alchemikiem”. Autor nie stosuje w swoich powieściach tak popularnego miksu DnD i gry komputerowej Tutaj magia ma swoje prawidła i przynajmniej udaje, że działa w ramach praw fizyki. Oczywiście, nie możemy tu liczyć na naukowe wyjaśnienie, nawet nie na technobełkot, ale magia nie jest już deus ex machina lub ukrytą technologią. Właściwie to w Archiwum Burzowego Światła w ograniczonym zakresie zastępuje ją, ale to inna historia. Na przykład w „Ostatnim Imperium” Mgliści wchłaniając zjedzony metal zyskują moc. Jedni wchłaniają ołów i stają się silni, inni mogą odpychać się od metali wchłaniając zjedzone żelazo itp. Ale „Tylko zrodzony z mgły może władać wszystkimi metalami”… No cóż, inspiracje są wyraźne, ale też bardzo zręczne.

Jako w Burzy tako i we Mgle.

Religia i Bóg są ważnym motywem w powieściach Sandersona. Nie przedstawia on jednak religii negatywnie, jako coś złego, a jej wyznawców jako źle-mroczne stwory, co jest świeżym i bardzo przyjemnym spojrzeniem na tle tego, czego się przyzwyczailiśmy. Wiara jest u niego obiektywną prawdą, ale jednocześnie autor propaguje wyjątkowo ekumeniczne podejście. Każde wyznanie posiada ziarno prawdy, jednak nikt nie ma na nią pełnego monopolu. Poszukiwanie odpowiedzi wydaje się zadaniem ponad siły każdego człowieka, lecz jednocześnie nie wolno poszukiwań zaniechań. Prawda tak samo jak Bóg nie są w pełni możliwe do poznania, ale zawsze trzeba do tego celu dążyć. Z drugiej strony Sanderson wydaje się zafascynowany dosyć kontrowersyjnymi tematami jak śmierć Boga, mimowolny mesjasz, narodziny i ewolucja religii. Takie połączenie zdałoby się zgoła sprzecznych idei jest bardzo interesujące i moim zdaniem dosyć ciekawie widać tu wpływ wyznania autora, który jako mormon jest „Heretykiem Heretyków”, członkiem wyznania zawsze będącego w opozycji chyba do wszystkich i każdego innego wyznania.

Szarość burzowych chmur i popielnego deszczu.

Paradoks powieści Sandersona i świata przezeń stworzonego polega na tym, że mimo generalnie optymistycznego czy wręcz pozytywistycznego przesłania, nic nie jest tam czarno białe. Nawet jeden z największych drani, Sadeas, szczerze kocha swoją żonę i podziwia jej intelekt. Tak samo Ostatni Imperator stworzył straszliwy reżym, który w gruncie rzeczy trzymał się na ślinie, ale jednak poczynił wiele przygotowań, które pomogły ludzkości przetrwać. Z drugiej strony nawet pozornie szlachetne czyny mogą skutkować strasznymi konsekwencjami. I nie mówię tu o walce o większe dobro, a zwykłym rozdawnictwie żywności. Bardzo dojrzale to wypada, szczególnie w czasach, gdy dostajemy łatwy spolaryzowany świat (na ciebie patrzę Sabrina).

Podsumowanie Sanderson to jeden z ciekawszych pisarzy mojego pokolenia. Naprawdę dobrze pisze, choć zdarzają

Ja „Symetrysta” czyli jak wróciłem do centrum.

Kto mnie zna powinien wiedzieć, że nigdy nie akceptowałem podziału na lewicę i prawicę. Zawsze widziałem w tym brak logiki i fanatyzm. Jednak na skutek paru rzeczy jakie mnie zirytowały przesunąłem się w lewo, ale nawet wtedy nie potępiałem w czambuł PiSu, bowiem korzystałem z pewnych rzeczy i nie chciałem być hipokrytą.

A potem nazwano mnie symetrystą.

Ale prawdziwy przełom nastąpił gdy oglądałem (a raczej słuchałem) „Designated Survivor”. Dla nieznających tematu, jest to serial o dosyć przypadkowym i nieznaczącym polityku, który na skutek tragicznego zamachu zostaje prezydentem USA. Serial chyba miał być lewicową kontrą na „House of Cards” i trochę „Homeland”. W gruncie rzeczy był to serial o tym, że wystarczy kierować się ciepłym serduszkiem, a świat się dostosuje.

I tu leży pies pogrzebany. Serial był potwornie  grzeczny. Prawie nie pojawiał się temat Chin i Rosji, Bliski Wschód jest pomijany, nie licząc jakiejś dziwnej wojny z-wcale-nie-Iranem. Nawet Koree, są zastąpione wymyślonymi kraikami. A dobiło mnie to, że w dwóch z trzech sezonów badguyami byli naziści i ich spisek. Super spisek niczym z protokołów mędrców Syjonu. I to skłoniło mnie do poukładania  sobie pewnych rzeczy, które wcześniej chodziły mi po głowie.

Przede wszystkim, doszedłem do wniosku, że współczesna lewica dobrze czuje się tylko walcząc z nazistami, i to najlepiej głupimi. O dziwo, na razie to się sprawdza bo Trump i jego zwolennicy nie są wielkim wyzwaniem.. Jednak czekają nas o wiele większe wyzwania, podczas których to nie wystarczy. Niestety, lewica chce zwyciężać, ale boi się walczyć. Boi się oskarżeń o imperializm. Boi się trudnych wyborów i gorzkich prawd. Pandemia pokazała, że przyszłość będzie należeć do sił, które za nic mają nieświęty podział.

Zacznijmy od globalnego ocieplenia. Prawica może sobie nie wierzyć we wpływ człowieka, ale lewica jedynie weń wierzy. Owszem, wprowadza u siebie pewne ograniczenia, w Europie, troszkę w USA… I tyle. Reszta świata ma to gdzieś. Chiny, Indie, Brazylia trują siebie i świat i nie zamierzają przestać. Kraje drugiego i trzeciego świata mówią „W zbudowaliście swoje bogactwo na uprzemysłowieniu, my też musimy to zrobić ! Nie możecie nam tego odebrać”. I mają słuszność. Jednak prowadzi to do katastrofy, Dotknie ona zresztą trzeci świat znacznie bardziej. Tu jednak trzeba podjąć drastyczne decyzje i szczerze, to nie mam pojęcia co trzeba zrobić, jednak na pewno nie obędzie się bez kosztów

.

Niestety, ale bogaty zachód przyzwyczaił się do wysokiego standardu życia i nieograniczonej konsumpcji. Mam świadomość, że to nie tylko zwykli ludzie są odpowiedzialni za aktualną sytuację, ale też nie możemy wszystkiego zwalać na wielkie korporacje, bo środowisko niszą za naszym przyzwoleniem, a często aprobatą.  Będziemy musieli zapłacić ogromną cenę, tylko nikt nie ma odwagi tego powiedzieć.

Nie jestem człowiekiem,  który ceni emocje i im nie ufa. Uważam je za groźne. Łatwo sprowadzają na ludzi nieszczęście i cierpienie. Znaczna część zła jaka się dzieje na świecie dzieje się dlatego, że ulegamy naszym emocjom, gniewowi, żądzy, pysze… Ale nie zrozumcie mnie  źle, nie jestem człowiekiem zdeterminowanym i opanowanym. Łatwo się denerwuję, ulegam pokusom i często postępuje impulsywnie, co utrudnia mi życie. Dlatego być może tak wysoko cenię samokontrolę, bo jej nie posiadam. Irytuje mnie wiele rzeczy,  często jestem małostkowy, wredny i złośliwy. Dlatego też tak cenię opanowanie i samokontrolę, wręcz ascezę.

Dlatego też współczesny kult emocji, pełne zaufanie do nich budzi mój niepokój. Oczywiście obie strony polityczne odwołują się do emocji. Ale dla lewicy jest to coś czego powinna się wystrzegać. Dla mnie jej ideałem powinien być rozum, chłodny, twardy. Teraz mam wrażenie, że każda prośba o zatrzymanie się i przemyślenie całej sprawy spotyka się z atakiem agresji. Rozumiem trochę takie reakcje, bo często apele o spokój  były eufemizmem znaczącym „Zamknijcie się!”. Jednak gorąca  stal zawsze przegra z zimną. Pęknie lub wyszczerbi się, ugnie pod naporem.

Tym co dla mnie było ważne w lewicy, wręcz było sensem jej istnienia było zwątpienie. Niewiara w wielkie słowa i piękne hasła. Prawdę mówiąc, wydaje mi się, że to było typowe dla naszych wschodnioeuropejskich partii, które w gruncie rzeczy zajęły miejsce partii konserwatywnych, były piewcami zastanego porządku. A na zachodzie to właśnie lewica jest, ,lub przynajmniej do niedawna była tą bardziej oddaną wielkim ideom i ważnym sprawom. Może już jestem za stary i zbyt cyniczny na wielkie sprawy? W sumie zawsze trochę taki byłem, nieufny i podejrzliwy.

Poza tym jest jeszcze jedna niezwykle ważna sprawa. Lewica i prawica muszą  nauczyć się egzystować razem. Po prostu muszą i nie ma o tym dyskusji. Po prostu co innego mogą zrobić? Pozabijać się? Dość już mam wzajemnego dehumanizowania i licytacji, kto jest gorszy. Wiecie, kiedyś prawica nie uznawała istnienia lewicy, ale teraz zamiast dorosłych konserwatystów mamy dwie strony zdziecinniałe.

Tak więc jestem źle niedobrym symetrystą i w sumie dobrze mi z tym. W dobie kryzysu przesunąłem się trochę na lewo, lecz teraz wróciłem na stare śmieci i dobrze mi z tym. A, że będę wrogiem wspólnym i zaprzysięgłym, lecz czyż miarą człowieka nie są jego wrogowie?

Czarcia Krew

Smukły żaglowiec wpływał do portu miasta Brimstone. Prastarej i prawdopodobnie największej metropolii na świecie, przynajmniej z tych wybudowanych przez ludzi. Wznoszące się ponad miastem słońce oświetlało smukłe  karmazynowe wieże i rozciągające się pod  nimi mrowie budynków. Ponad milion istot  codziennie przemierzało ulice, zarówno te brukowane jak i tonące w błocie i i nieczystościach. Trzy największe szlaki handlowe krzyżowały się w tym miejscu, a za złoto , jaka przechodziło tutaj z rąk do rąk każdego dnia, można by kupić imperium. Gdyby ktoś chciał, mógłby tutaj zdobyć najbardziej niezwykłe towary: Bestie z tajemniczych krain, egzotyczne narkotyki i mroczne księgi, wszystko, co zaspokoiłoby potrzeby tych, którzy mają więcej pieniędzy niż zdrowego rozsądku. Większość jednak przybywała aby nabyć dobra takie jak przyprawy, jedwab czy szlachetne metale. W ten sposób przedsiębiorczy lub po prostu przebiegli ludzie mogli zdobyć prawdziwą fortunę. Pałace mistrzów gildii i książąt-kupców były wspanialsze niż te należące do królów. Wielkie wierze magów i czarnoksiężników r Jednak drobna dziewczyna stojąca na dziobie statku niw przybyła tutaj podziwiać  splendoru i przepychu miasta. Przypływała tutaj, bo została wygnana.

I wierzyła, że jej kara była w pełni zasłużona.

Była niska  i wydawała się delikatna, ale pod obcisłym strojem barwy błękitu i czerwieni rysowały się stalowe mięśnie, a ruchy miała zgrabne niczym u kota. Włosy barwy ciemnozielonej spięte były w warkocz opadający  na plecy. Cerę miała nieco śniadą, a oczy zdawały się być raz fioletowe, raz czerwone. Była całkiem ładna, a delikatne rysy twarzy i lekko szpiczaste uszy zdradzały elfie pochodzenie, ale było w niej coś tak niepokojącego, że marynarze przez całą drogę z  wysp Nerleine nie zamienili z nią ani słowa. W gruncie rzeczy już się do tego przyzwyczaiła. Nikt nie ucieknie od swego dziedzictwa. Odruchowo potarła dłonie, na których nosiła ozdobne rękawiczki, a potem pogładziła  misternie wykonaną rękojeść swego rapiera., którego głowicę wykuto na podobieństwo smoczego łba. Przybijali już do portu, gdy nagle coś ją tknęło. Cofnęła się prawie do drugiej burty,  i biorąc długi rozbieg, wyskoczyła wysoko w górę. W powietrzu  wykonała podwójne salto i wylądowała na bruku na ugiętych nogach. Wstała, uśmiechnęła się nie pokazując zębów i zrobiła wesoły piruet.

– Te, jak panience się nudzi, to niech se skacze jako ta morska ryba, ale jeśli sama nie wyniesie swoich bagaży, to każę je wyrzucić do morza! – zawołał kapitan statku, który właśnie przycumowywał.

– Już biegnę prze pana! – zawołała  i ruszyła pędem  za szybko umykającym  statkiem.

Kilka mil  dalej, u wrót jednej  z bram, bardzo podobna dziewczyna wydzierała się na celnika.

– Jakie kurwa myto!? Pojebało cię do reszty! – wrzeszczała  żywo gestykulując, a wielki i tłusty szczur albinos wygrażał mężczyźnie pięścią. Na szczęście  mężczyzna nie zwracał uwagi na dziwacznego zwierzaka.

– Wszyscy muszą je płacić, inaczej będą musieli nocować na przedmurzu – mówił niezrażony zachowaniem kobiety. Ta  jęknęła wściekle i  zaczęła przeszukiwać sakiewkę. Miała krótkie włosy czerwono rude włosy,  a jej fioletowo-szkarłatne oczy jarzyły się groźnie. Gdy wściekła podwijała wargi, można było zobaczyć  szpiczaste zęby. Zniszczone pracą dłonie zakończone były zakrzywionymi szponami . Ubrana była w  krótką spódniczkę,  zrobioną z niesymetrycznych i wielobarwnych kawałków materiału. najrozmaitszych kolorów i kamizelkę odsłaniającą  pokryte bliznami ramiona i brzuch, na którego dolnej części widniała  pozioma szrama. 

– Niby kurwa za co? – wydarła się czerwonowłosa. Jej oczy płonęły niczym dwa węgle, a w gniewie obnażyła ostre kły.

Celnik był jednak  niewzruszony. Nie z takimi miał do czynienia. Półdemon nie mógł być groźniejszy od dwóch pianych ogrów.

–  Panienka (chciał być miły wobec kobiety) musi zapłacić za prawo wejścia do miasta oraz za wszystkie cenne przedmioty – odparł spokojnie

 Diablica spojrzała nań z ukosa

– A co zrobisz jak nie zapłacę?

Urzędnik czuł się  zmęczony, choć jeszcze dzień się nie zaczął, a ta kobieta zabierała mu czas zadając idiotyczne pytania.

– Jak nie zapłacisz, to nie wejdziesz do miasta – powiedział spokojnie, starając ukryć irytację.

– A jak bende se chciała przejść, to co mi zrobisz?

– To Hu się tobą zajmie – wskazał na wielkiego półogra mężczyznę trzymającego w dłoniach pałkę. Trudno było orzec, kto  jest bardziej tępy, półogr czy pałka, ale na pewno oboje potrafili uspokoić ludzi i każde inne stworzenie.

Dziwna kobieta wyszczerzyła zęby,  sprawiając, że zaczęła wyglądać  jak ludożerca uśmiechający się do przyszłego posiłku.

– To tak jak Urg!

– Jaki Urg? – zapytał urzędnik  zbity z tropu

 Taki Urg, co mieszkał w Ssakar.   Brał od innych niewolników jedzenie w zamian za nieurwanie im głów.

– To było zwykłe wymuszenie – powiedział oschle.

– On to nazywał podatkiem od oddychania – odparła nie przestając się uśmiechać

Celnik zaniemówił powoli rozkładając na czynniki pierwsze słowa diablicy, a potem poczerwieniał na twarzy i wycedził powoli

– Dawaj dwa grosze… nie, dla ciebie będą trzy i spierdalaj mi z oczu.

Uśmiech dziwnej kobiety stracił wszelkie oznaki wesołości . Wyciągnęła  z mieszka trzy monety i patrząc złowrogo na urzędnika, po czym odcharknęła i splunęła na pieniądze. Potem wypowiedziała kilka słów w nieznanym gwardziście języku i podała mu monety uśmiechając się złowróżbnie. i powiedziała

– Bierz, przyda się na czyszczenie ciuchów- rzekła i ruszyła przed siebie. Urzędnikowi się wydawało, że szczur pokazał mu obsceniczny gest , jednak  skwitował to wzruszeniem ramion.  Głupie babsko może sobie wygrażać, ważne, że zapłaciła. Poczuł, że coś spływa po policzku.  Wytarł go i obejrzał  dłoń Była na nim biała maż.

– Cholerne gołębie! – mruknął pod nosem.

Eleril porównała napis na kartce z tym, co widniało na szyldzie. „Karczma pod Klejnotem i Ostrzem”. Wszystko się  zgadzało. Jej wujek twierdził, że powinna się zatrzymać w tym miejscu, miał tutaj jakiś przyjaciół z dawnych czasów. Podrapała się nerwowo po bliźnie na policzku. Nigdy nie była w karczmie, nawet żadnej z bliska nie widziała, ale wyglądała tak samo, jak  we wszystkich książkach jakie czytała. Miała dwa piętra i była zbudowana z otynkowanej cegły. W oknach znajdowały się szyby z nieprzejrzystego szkła.  Gdy stała na kamiennym bruku, nagle drzwi karczmy się otwarły, a dziewczyna uskoczyła na bok. Ze środka wyszedł mężczyzna, ubrany jak człowiek w miarę zamożny. Nieco zataczając się, zagadał do Eleril.

– A dzieweczka chce do środka? Zapraszamy – zagadał bełkotliwie i zamachał w stronę drzwi. Uśmiechał się jowialnie, ale spojrzał na nią i zmarszczył brwi.

– Tak, znaczy nie… Muszę z kimś porozmawiać i w ogóle cześć!-  rzuciła cicho. „Oby nic nie widział, nie ma już dokąd się udać” pomyślała i pochyliwszy głowę pospiesznie weszła do środka.

Gdy weszła do środka poczuła się przytłoczona. Nigdy nie była w takim miejscu. Czytała o karczmach w książkach, ale jedno to czytać, a drugie to zobaczyć. Kilkanaście osób rozmawiała przy stołach, popijając piwo i jedząc coś szarego z misek. Większość gości wyglądało na kupców, i choć jeden czy dwóch wydawało się być nieco podejrzanych, to  ona była najbardziej egzotycznym obiektem w całym przybytku. Przełknęła głoś no ślinę i rozejrzała się, szukając najciemniejszego kąta. W takich miejscach w jej książkach przebywali tajemniczy jegomoście w czarnych płaszczach, którzy czekali na śmiałków, aby zlecić im misje, od powodzenia której będzie zależeć los królestwa albo i całego świata.  Tutaj czekał na nią tylko wielki włochaty pająk. Niczego nie zlecał. Jadł muchę. Przez kilka minut siedziała sztywno na krześle, i przyglądała mu się niepewna, co ma dalej zrobić. Wydawało się, że powinna zawołać kogoś, ale bała się zwracać na siebie uwagę. Nagle usłyszała obok siebie głos pytający.

– Czym mogę panience służyć?  

Prawie podskoczyła w miejscu Ładna brązowowłosa dziewczyna w stroju posługaczki nachyliła się nad nią. Miała duże zielone oczy i uśmiechała się przyjaźnie, albo przynajmniej tak jej się wydawało.  Ci, których  znała, nie licząc oczywiście wujka, mieli zwyczaj śmiania się  z niej, nie do niej. Pogodziła się z tym, ale taka odmiana była miła. 

– No ten tego… ja chciałabym, znaczy się mój wujek chciał, żebym się tu zatrzymała… Mam czym zapłacić! – sięgnęła do sakiewki i wyjęła stamtąd kilka monet. Przyglądała im się niepewnie, nie wiedząc, którą powinna podać. Nigdy nic nie kupowała. W końcu podała dziewczynie taką ładną z delfinem na awersie. Lubiła delfiny. Widziała kilka podczas podróży i wydawały się być takie wesołe – No i proszę dostarczyć ten list do  szlachetnego pana Bernarda Clockworka. – dodała i mało nie odwzajemniła uśmiechu, ale się powstrzymała w ostatniej chwili, a następnie podała  pięknie zdobiony zwój. Posługaczka początkowo nie zareagowała, z otwartymi ustami wpatrując się w monetę.

– Tak, oczywiście – odparła głucho, wzięła zwój poszła na zaplecze, ale po chwili wróciła niosąc kufel piwa.

– Masz, to wliczone w cenę pokoju… i wszystkiego innego – powiedziała i podała kufel Eleril. Półelfka przez kilka chwil wpatrywała się w cynowe naczynie, jakby nie była pewna co z tym zrobić. Potem wzruszyła ramionami i wzięła kilka łyków. Na wyspach Nerlaine złota młodzież  często piła importowany piwo, aby dowieść swej dorosłości, choć nawet najcieńsze tamtejsze wino było mocniejsze niż jakiekolwiek piwo. Eleril lubiła złocisty trunek, nawet raz wygrała konkurs pijacki. Oczywiście potem ją zdyskwalifikowano, bo przecież posiadając  „złą krew”, nie mogła przegrać. Ale jednak coś jej się w życiu udało. Gdy skończyła pić rozejrzała się znad kufla. Główna sala była raczej czysta,  przynajmniej w porównaniu z pokładem statku.  Oprócz dziewczyny, z którą rozmawiała, była tu jeszcze dwie posługaczki, potężna kobieta w wieku jakiś pięćdziesięciu lat i druga dziewczyna, młodsza nawet od Eleril, która rozmawiała z jakimś mężczyzną wyglądającym jak wędrowny muzyk. Wysoki i ponury mężczyzna o długich włosach uważnie obserwował gości, szczególnie dwóch gnomów grających w karty,  Gdy tak się rozglądała, poczuła nęcący zapach jedzenia, zaburczało. Na statku była tylko solona ryba i suchary, wszystko ohydne. Chciała zamówić jedzenie, ale wolała nie zwracać na siebie uwagi. Po kilku minutach  zza zaplecza  wyszedł rosły i barczysty mężczyzna w wieku czterdziestu paru lat, o ciemnej cerze.  Towarzyszyła mu posługaczka, która przyniosła  jej piwo. Już na pierwszy rzut oka widoczne  było wyraźne rodzinne podobieństwo.  Mężczyzna podszedł do Eleril, krzyknąwszy wcześniej do najmłodszej służącej

– A ty Mara zbierz pranie! – od krzyku aż podskoczyły wszystkie naczynia.  Mara popatrzyła nań jak urażone dziecko i wyszła z głównej sali, a mężczyzna usiadł na przeciw Eleril, które stała  już na baczność.

– Możesz usiąść, nie jesteśmy  w jakiejś pieprzonej armii – mruknął. Półelfka usiadła natychmiast nie  ukrywając niejakiego zmieszania po usłyszeniu przekleństwa. Córka mężczyzny stała obok patrząc na nowego gościa z dużą dozą nieufności.. Karczmarz, bo nim musiał być mężczyzna, przyglądał się jej  uważnie.

–  Jak już zapewne się domyśliłaś, nazywam się Bernard Clockwork i jestem właścicielem tego przybytku, , a to moja córka Nisen –

Eleril wstała i ku zdumieniu  obojga  ukłoniła im się dwornie. Bernard  i Nisen wymienili spojrzenia, a potem karczmarz pokręcił głową i rzekł.

– Tak, przypominasz  Forakila, ale nie słyszałem,  żeby się ożenił. Spodziewałem się, że zaprosi mnie na ślub…

– Nie jestem jego córką,  tylko siostrzenicą prze pana – rzekła dziewczyna wpatrując się w swoje dłonie.

–  Ach, tak, twoją matką była Asail. Widziałem ją kilka razy. Taka pogodna kobieta… Kto jest twoim ojcem?

Eleril skuliła się w sobie.

–  Książę Angruzdymos, pan wschodniego traktu,  skowyt na pustyni,  ten który zrosił piaski krwią – rzekła cicho, łamiącym się głosem. Bernard przez chwilę podrapał się po skroni

– Tak, słyszałem o nim… to  było dwadzieścia lat temu.  Pół-rakszasa, który  zdolny  rozrąbać na pół konia razem z jeźdźcem. Grasował  na wschodniej pustyni  na szlaku do Imperium. Ponoć stworzył tam swoje udzielne królestwo.  Jak Asail mogła się chcieć związać z kimś takim?

Półelfka zacisnęła dłonie

– Nie mogła –  odparła tak cicho, że ledwie było ją słychać

Karczmarz zaklął, a jego córka ze świstem wciągnęła powietrze.

– Więc była w tej pierwszej wyprawie – powiedział Bernard zamyśliwszy się – więc jesteś…

Skinęła głową. Wiedziała, że to najtrudniejszy moment. Uważała, że powinna mieć szczęście, jeśli tylko wyrzuci się ją za drzwi. Bernard jednak przypatrzywszy się jej jeszcze trochę, wzruszył ramionami i powiedział.

–  Wyglądasz na miłą dziewczynę, a choć nie znałem  zbyt dobrze twojej matki, to Forakil był moim wiernym druhem. Kilka razy uratował mi życie,  opowiadał ci o tym?

Dziewczyna podrapała się po bliźnie.

– Mówiąc szczerze, to prawie nie opowiadał mi o tym mieście, wolał inne przygody. To chyba dziwne, prawda? – starała się patrzeć na swoje buty. Chyba trzeba było je wyczyścić.

– To dosyć skomplikowane… – rzekł Bernard.   Zamyślił się tak jak jego gość. Nisen przewróciła oczami

– O czym tu dumać. Skoro przyjaciel mojego ojca chce, żeby  się zaopiekować jego siostrzenicą,  to zróbmy to.  Jeśli uratował ci życie, to tyle jesteśmy mu winni.

Ojciec rzucił córce karcące spojrzenie i powiedział

–  Pisząc zaopiekować, miał na myśli nie tylko zapewnić schronienie, ale także coś więcej. Prosił mnie bym znalazł ci zajęcie.

Eleril poczuła lekkie ukłucie smutku. Nie spodziewała się, że resztę życia spędzi jako służąca na myciu garów… ale  przecież jej służba w gwardii księcia Koriniosa Głównie na tym polegała.

– Choć,  wszystko ci wyjaśnimy na zapleczu.

– No to kurwa zajebiście, wszystko jest MOJE – zawołała Karendis obejmując obiema rękami monet.  Szczerzyła wszystkie swoje zęby  patrząc na współgraczy, w których oczach błyszczała żądza mordu.  Dwie skąpo ubrane dziewki służebne, które wcześniej się nią zajmowały odsunęły się na bezpieczną odległość. Barczysty, łysy mężczyzna ze stalową protezą nosa powiedział

– Chyba wydaje mi się, że powinniśmy powtórzyć ostatnią  partię – powiedział chrapliwie.

– Dasz mi chwilę się zastanowić. – powiedziała diablica. Ziewnęła przeciągając się, ale gdy jej ramiona znalazły się za plecami, błyskawicznym ruchem wyciągnęła niewielką kuszę powtarzalną. Posiadała magazynek na cztery bełty

– Odpowiedź brzmi nie! – powiedziała nie przestając szczerzyć kłów

– Jest nas pięciu, wszystkich nie zastrzelisz –  powiedział beznosy.

– To piątemu sama flaki wypruję, tylko ciuchy juchą upierdzielę.  Lepiej wynoście się stąd, nim  się zacznę nudzić do kurwy nędzy –  powiedziała wstawszy powoli od stołu. Nie spuszczała oka ze zbirów, którzy popatrzyli b siebie, a potem wyszli  z baru.

Diablica uśmiechnęła się.

– No to na czym skończyłam?  – postąpiła  kilka kroków w stronę stołu i nagle ledwo wiszące na zawiasach drzwi ponownie się otwarły.  Do środka weszło dwóch mężczyzn. Pierwszy był brzydkim osobnikiem, dość niskim, ale o szerokich plecach i bliźnie przebiegającej przez całą twarz. Drugi był szczupłym półogrem o zaskakująco  inteligentnym wyrazie twarzy. Obaj byli dziani w kolczugi i dobrze uzbrojeni.

– Hej Darg, dzisiaj opłata za ochronę – zawołał mieszaniec. 

Tłusty łysy karczmarz o piersiach większych niż u większości kobiet spojrzał ze znudzeniem na dwóch uzbrojonych mężczyzn.

– Ile? – zapytał tylko

– Sześć groszy. – powiedział – półogr

– Ostatnim razem było pięć – odparł karczmarz beznamiętnym głosem.

– Wiesz, życie jest coraz droższe,  na chleb coraz trudniej uczciwie zapracować – rzekł półogr.

Darg  sięgną do skrytki i zaczął przeliczać monety. W tym czasie mężczyzna z dwukolorową brodą podszedł do stołu, na którym wciąż znajdowała   się wygrana.

– Te, Gunter, chyba na hazard trzeba mieć jakiegoś lecencjata, no nie? – zapytał swego towarzysza.

– Oj pewnie, że trzeba – odparł półogr cmoknąwszy  – no Darg jak to wyjaśnisz?

– Ej! – zawołała diablica obserwująca  całą sytuację bez zrozumienia.  Jakiś mężczyzna z dwukolorową brodą podszedł do niej. Wyglądał nieco bardziej… profesjonalnie od reszty bywalców takich przybytków.

– Siedź cicho debilko, jeśli ci życie miłe! – szepnął cicho.

– To klienci grali, nie mam z tym nic wspólnego –  odparł karczmarz,  rzuciwszy dziewczynie przepraszające spojrzenie.

– W takim razie na pewno się nie obrazisz, jeśli weźmiemy te pieniądze, zanim  dowie się o nich straż, albo co gorsza, Ruth, prawda?

– Ej! – zawołała głośniej diablica, a potem skrzywiła się, gdy mężczyzna  z dwukolorową brodą kopnął  ją w kostkę.

– Milcz! – warknął

–  Róbcie co chcecie – powiedział  karczmarz obojętnym tonem. Niższy mężczyzna zaczął zgarniać  pieniądze ze stołu, podczas  półogr obserwował kobietę, ostrzegawczo trzymając  dłoń  na szerokim mieczu

– No, kurwa z osiem złotych marek. – rzekł niski schowawszy pieniądze do sakiewki.  

– Ejjj! – zachlipała dziewczyna patrząc jak dwaj mężczyźni wychodzą z jej pieniędzmi – To grabież! –  powiedziała. Oczy jej rozbłysły jasno, chwyciła kuszę i  zacisnąwszy zęby ruszyła do drzwi.

– Stój idiotko – człowiek o dwukolorowej brodzie chwycił ją za ramię.

– Zostaw ich mówię! Ci. Należą do gildii strażników. Jeśli im coś zrobisz, jesteś trupem, rozumiesz? Oni trzęsą połową miasta!  – warknął do diablicy, która przyjrzała mu się dokładniej. Miał około sześćdziesięciu lat , co w miejscu gdzie mieszkała  przez ostatnie siedem lat było wiekiem wręcz niewyobrażalnym. Nosił kolorową kamizelkę, mocno podniszczoną. Na palcach widać było  ślad po noszonym jeszcze niedawno pierścieniu, po wewnętrznej stronie dłoni posiadał runiczne blizny.

– Ale oni mnie okradli – zawołała oburzona

– A ty swoimi  sztuczkami oszukałaś pozostałych graczy. Potrafię jeszcze rozpoznać  kogoś, kto zna się na Fachu

Oczy diablicy zabłysły. Wypięła pierś z dumą

– Uczyłam się u najlepszych – rzekła, ale mężczyzna westchnął

– Choć ze mną, muszę ci wyjaśnić kilka rzeczy… jak się właściwie nazywasz?

– Karendis Daichon!

– Nigdy żaden z Daichonów nie pracował jako złodziej! – zawołała  Eleril oburzona. Znajdowali  w ciemne piwnicy pełnej drewnianych beczek i skrzyń.  W środku prócz niej przebywał  Bernard i Nisen. Półelfka siedziała na skrzyni  słuchając właściciela karczmy.

– Twój wujek powiedziałby co innego – odparł  Bernard trzymając muskularne ręce skrzyżowane na piersi. Mierzył Eleril ponurym taksującym spojrzeniem.

–  Nie będziesz obrażał mojego wujka! Nikt nie będzie! – diablica dobyła rapiera, a jej oczy rozbłysły szkarłatnie   w półmroku .

– Nie okłamałbym siostrzenicy Forakila. Podejrzewam nawet, że umyślnie przysłał cię do mnie, abym wprowadził cię do organizacji.

– Nie będę należeć do żadnej organizacji!- krzyknęła i postąpiła  kilka kroków do przodu, aż poczuła, że coś dźga ją w żebra.  Spojrzała w bok i zobaczyła Nisen trzymającą w dłoni rapier. Diablica, mimo zaskoczenia, zadziałała błyskawicznie.  Odskoczyła  poza zasięg ostrza, uderzając jednocześnie  córkę karczmarza płazem  w dłoń . Tamta syknęła z bólu, i ponownie natarła na Eleril, ale zielonowłosa  zbiła jej uderzenie na bok i wyprowadziła pchnięcie, którego córka  ledwie uniknęła.  Półelfka straciła kontrolę nad sytuacją. Nie chciała  nikomu zrobić krzywdy, ale tamci obrażali jej wujka.  Mówili te wszystkie straszne kłamstwa, nie mogła  tego słuchać!  Obie dziewczyny mierzyły się  wzrokiem przez kilka chwil, aż Bernard wrzasnął.

– Przestańcie wariatki! – popatrzył groźnie na Eleril – Ty nie powinnaś wyjmować broni w  moim domu – rzucił okiem na córkę – a ty musisz się nauczyć kiedy i z kim walczyć.

– Ona chciała cię zabić! – zaprotestowała Nisen

–   Gdyby chciała mnie zabić, to byłbym już martwy! I ty razem ze mną.  Uczył ją najlepszy szermierz jakiego znałem!

– Dziękuję! – zawołała Eleril uradowana, i spuściła wzrok – przepraszam Pana, za to co zrobiłam – rzekła  już smutniejszym głosem.

–  Ja też przepraszam – powiedziała  córka Bernarda, ale rzuciła Eleril spojrzenie mówiące „jeszcze się policzymy”

– No dobra, wracając do naszej rozmowy, twój wujek  był moim najlepszym przyjacielem.  W jednym masz rację, nie dołączył do gildii… co nie znaczy, że nie brał udziału w kilku  akcjach.

– Więc okradał ludzi… – powiedziała matowym głosem

– Tylko tych bogatych, jeśli to cię pocieszy – rzekł pocieszającym tonem  karczmarz

– I rozdawał biednym! – oczy diablicy rozbłysły. Nisen westchnęła kręcąc głową

–  Tą część akurat zwykle pomijaliśmy… choć prawdę mówiąc, nie wiem co robił ze swoją częścią – wzruszył ramionami – Pomyśl więc, czy chcesz wstąpić do gildii? Jak nie, to możesz pracować jako pomoc kuchenna, choć  zmarnujesz się… masz talent, prawdziwy talent.

Diablica zacisnęła pięści. Pomagała w kuchni. Cała jej służba w gwardii książęcej  sprowadzała się do zmywania, mycia podług,  prania. Nie chciała tego znowu robić. Z drugiej strony, jeśli zostanie złodziejką, to wszystko co o niej mówiono okaże się prawdą.

– Pozwólcie mi się przejść… – spojrzała błagalnie na swych gospodarzy .

– Dobrze… Ja wiem, że ty nie jesteś z tych co donoszą… ale nie zapominaj o tym, że gildia ma długie ręce.

Diablica skinęła głową i wyszła.

– Jakie znowu lecencje  do kurwy nędzy ! – zawyła Karendis.  Od godziny rozmawiała z tym staruchem i nie potrafiła pojąć, jak ktoś mógł stworzyć tak porypane miasto. Gildie sprawowały tu władzę niemal absolutną. Decydowały o wszystkim i nikt nie mógł im się przeciwstawić. Co najgorsze, nikt, kto nie należał do Gildii, nie mógł liczyć na otrzymanie licencji na posługiwanie się magią,  a bez niej, mógł go spotkać straszny los. Staruszek z którym rozmawiała nazywał się Gethold i pracował  kiedyś dla Gildii Badaczy, ale został wyrzucony z powodu, którego nie chciał jej wyjawić. Mimo to, dalej czarował, więc jego dłonie zostały przebite gwoździami z czarnej stali. Od tamtej pory  nie mógł splatać błękitu.

– Ale nadal mam dobre oko.  Potrafię rozpoznać talent, a ty jesteś naprawdę niezła. Co im dokładnie zrobiłaś? To były iluzje?

Karendis pokręciła głową.

– Po prostu zrobiłam tak, że dobre karty wydawały się wstrętne i śmierdzące

– A na ciebie nie podziałało?

– Pewnie,  że podziałało, ale ja mam tą… zajebistą moc woli. Nieraz zjadło się tego pełzaka  martwego od tygodnia – powiedziała z dumą, a Gethold  stracił rezon

-Rozumiem… w każdym razie, jeśli nie przyłączysz się do jakiejkolwiek Gildii, nie dostanie licencji, a bez tej możesz mieć kłopoty.

Diablica sfrustrowana oparła brodę o stół, a ramiona zwisały jej wzdłuż boków. 

– Bez sensu – powiedziała robiąc markotną minę.   Między nią, a byłym magiem znajdowała  się na poły opróżniona butelka bimbru.  Ogromny szczur albinos siedział  na stole ściskając oburącz  wielki kawał sera i rzucając pozostałej dwójce podejrzliwe spojrzenia.

– Wstąp więc do Gildii. Przeżyjesz jakoś okres terminowania… życie terminatora da się wytrzymać.

– A co robi terminator – zapytała  patrząc na byłego czarownika z ukosa. 

– No musi pracować dla swego  mistrza przez rok, albo dwa… lub do kiedy jego mistrz nie uzna tego za stosowne – odparł mężczyzna patrząc na diablicę ze współczuciem.

– A czy dostaje za to pieniądze? 

– Nie.

Karendis parsknęła

– To czym to, do kurwy nędzy różni się od niewolnictwa?

Gethold podrapał  się po skroni

– Mistrz nie może zabić terminatora… przynajmniej oficjalnie. No, ale istnieje kilka Gildii, które nie wymagają terminowania.

We fioletowoczerwonych oczach diablicy  zabłysły iskierki nadziei.

– Powiedz jakie, szybko!

Były mag podrapał się po podbródku.

– No, na pewno w  żadnej z przyświątynnych gildii

Diablica wzdrygnęła się

–  Zazwyczaj do kapłanów strzelam –  wycedziła przez zęby

–  Może więc gildia prostytutek?

Ku zaskoczeniu Getholda, kobieta zdawała się poważnie rozważać tę propozycję, ale po chwili pokręciła  głową.

– To zostawimy na koniec,  dawanie za kasę nie przystoi prawdziwej wiedźmie.

Uczony poczuł, że nadszedł już właściwy czas.

– Jest jeszcze kilka gildii, które nie wymagają terminowania. Na przykład gildia tępicieli…. albo badaczy.  Wystarczy udowodnić swoją przydatność.

– Opowiedz mi o tych tępicielach – zapytała Karendis z iskrzącymi oczyma.

– To jedna z najstarszych i najbardziej szanowanych Gildii zrzeszająca osoby wszech…  że co? Pytałaś o  Tępicieli?

– Tak, mają fajną nazwę – odparła Karendis szczerząc wszystkie zęby w „uroczym” uśmiechu. Gethold skrzywił się.

– Kiedyś polowali na szczury, ale w dzisiejszych czasach miasto pełne jest  różnych strasznych stworzeń. Tępią je w zamian za pieniądze. Robota  niebezpieczna, a zarobki niezbyt wysokie.

– Co trzeba by zrobić, żeby tam się dostać –  zapytała wiedźma coraz bardziej zainteresowana.

– Trzeba zapewne dostarczyć truchło jakiejś paskudy. – odparł jej niechętnie były mag.

– Takiej jak ten pełzacz, co właśnie złazi ze schodów?

– Co?

–  Nie ruszaj się, to ci nie wyssie mózgu…- powiedziała cicho.

Po zniszczonych schodach  spełzała właśnie wyjątkowo paskudna istota o długim wężowatym cielsku. Pokryte było śluzem,  a niezbyt długie łapy ciągnęły tłuste, prawie trzymetrowe cielsko. Głowa zakończona była okrągłą paszczą  jak u minoga. Ruch w karczmie zamarł.  Wszyscy przyglądali się straszliwemu monstrum zdjęci grozą.  Nagle Karendis wstała dobywając kuszy i zawołała

– Tutaj brzydalu  – wystrzeliła pocisk, który nie przebił jednak oblepionej śluzem skóry. Potwór otworzył okrągłą paszczę pełną zębów, ale wtedy  diablica wystrzeliła pierwszy pocisk, który wbił się w pysk.  Kusze powtarzalne nie miotały pocisków z wielką siłą, dlatego też musiały być zatrute, a wiedźma znała się na truciznach jak mało kto. Potwór wygiął się do tyłu i padł w drgawkach na podłogę. Diablica podbiegła do truchła i wyciągnęła nóż.

– Najgroźniejszy jest ten ich język. Jak ci się wbije, to robi mielonkę z flaków… Lubię mielonkę, ale  nie jest tak dobra jak  oczy pełzacza – powiedziała i wbiła ostrze w jedno ze ślepi. Wydłubała je i zjadła mlaskając głośno, przyprawiając.  Getholda  o mdłości.  

– To przez  Reiniera. Trzyma w kamienicy obok te bestie, a potem w nocy przełażą po dachach! Darg powinien częściej łazić na strych – powiedział jeden z klientów.

– To teraz leżałby w kostuchowie – odparł drugi.

– Ukatrupienie bydlaka spłaca mój dług? – zapytała diablica przełykając drugie oko.

-Yhy – odparł karczmarz swoim zwyczajnym znudzonym głosem.

– To dobrze, bo i tak nie mam pieniędzy… ale za ser płaci Zgryz – zawołała i  wybiegła z baru ze szczurem na jednym ramieniu,  a truchłem  pełzacza drugim, zostawiając Getholda samego z butelką nędznego trunku.

Eleril szła zamyślona. Ulice Brimstone pełne były ludzi i innych istot. Diablica nigdy w życiu nie sądziła, że jakiekolwiek miasto może mieć tylu mieszkańców.  Mimo, że czuła się przytłoczona,  wolała przebywać pośród anonimowych tłumów, nikomu nieznana. Tu jej okropne pochodzenie  nikogo nie interesowało, nie zwracano na nią uwagi. Było to nowe, niezwykłe doświadczenie. W rodzimych stronach  gdziekolwiek się pojawiła  ciągnęły się za nią szepty i pełne nienawiści spojrzenia.  W najlepszym przypadku.  Już siedem razy  usiłowano ją zabić    Zazwyczaj przez pomyłkę, jej krew często prowadziła do niefortunnych pomyłek… krew jej ojca, krew demonów…

Zatraciła się niewesołych rozmyślaniach.  Wygnano ją z kraju jej matki. Była to słuszna kara, choć nie za to, czego miała się dopuścić. Zawiodła swego księcia, którego przysięgała całym sercem bronić. A teraz chcieli z niej zrobić złodzieja, podłą istotę godną jej plugawego pochodzenia. Nie  będzie tego robić. Jej wujek na pewno nie kradł, był na to za dobry. Nigdy nie uczyniłby czegoś  tak okropnego. Kłamali je  w żywe oczy! Podli zdrajcy!

Nagle zorientowała się, że trafiła w pobliże bramy. Tłum był tu gęstszy i została porwana przez rzekę ludzi.  Była drobna i nigdy nie miała siły przebicia. W końcu jakiś przechodzień  pchnął ją tak silnie, że mało nie  upadła na bruk. Podszedł do niej jakiś mężczyzna. w zielonej czapce i o rudych  lokach. Nie licząc tego ostatniego szczegółu wyglądał bardzo przyjaźnie.  

– Nic panience nie jest? – zapytał z troską w głosie

– Nie, tylko się potknęłam – powiedziała  uśmiechając się nieznacznie.

Poklepał ją po ramieniu  i poszedł w swoją stronę…

Zrobiła kilka kroków i poczuła, że brakuje znajomego ciężaru. Sięgnęła do pasa…

Nie było  tam sakiewki.

– Okradli mnie! –  usiłowała   wołać, ale już nie widziała tamtego mężczyzny.  Nikt też  nie zwracał na nią uwagi, za wyjątkiem jakiejś bardzo grubej kobiety, która  pchnęła ją na ścianę.

– Nie właź pod nogi – usłyszała tylko. Zaczęła wpadać w panikę. Została w obcym mieście, sama i do tego bez pieniędzy… Musiała zapanować nad oddechem… Na pewno o istniało coś, co mogła zrobi. Jej wzrok padł na bramę. Widziała tak rosłego strażnika, chyba półcosia, i celnika w kolorowym urzędowym  uniformie. Celnik przeszukał statek i ją w porcie, powiedział nawet, że nigdy nie spotkał kogoś, kto tak grzecznie by z nim rozmawiał.  Postanowiła zaryzykować. Podeszła do celnika i powiedziała uśmiechając się .

–  Witam prze pana.  Chciałabym…  -zaniemówiła. Strój celnika pokryty był czymś białym i śmierdzącym. Podniósł głowę znad dokumentu i i na jego chudej twarzy odmalowała  się  czysta furia.

–  Ty! – zachrypiał.

– Ja? – odparła zaskoczona.

– Ty to zrobiłaś! – wskazał na swój zabrudzony uniform.

– Mi się wydaje, że to były ptaki – powiedziała poważnie. Jakby dla podkreślenia jej słów, właśnie jakiś ptak narobił mu na kapelusz

–  Uważasz, że to śmieszne? – rzekł wstając

– Nie, raczej obrzydliwe – odparła zgodnie z prawdą. 

– Hu,  aresztuj ją za… wymyśli się.

Rosły strażnik uśmiechnął  ukazując liczne przerwy między zębami i ruszył w stronę diablicy ściskając ciężką pałkę. Eleril wiedziała co trzeba robić.   Doskoczyła do mężczyzny i  uderzyła  go rękojeścią w przegub…

Nie przyniosło to jakichkolwiek rezultatów. Jego druga, nieludzka połowa była czymś  Strażnik spróbował chwycić ją za ramię. ale zręcznie wyślizgnęła mu  się. Była w kropce, Potrafiła zabić tego człowieka, ale wiedziała , że tak nie powinna czynić, nie tylko dlatego, że  to było złe. Morderstwo strażnika ściągnie na nią  gniew jego towarzyszy. Nie chciała spędzić reszty życia uciekając przed pogonią.  Miała tylko jedno wyjście.  Chwyciła odrobinę piasku i sięgnęła po  moc swojej krwi…  krwi ojca. Cisnęła piaskiem w twarz mężczyzny, w jego stronę poleciała chmura rozżarzonych drobinek. Na chwilę stracił wzrok,  a gdy go odzyskał, dziewczyny już nie było.

Stan spał na krześle. W południe ruch nie był duży. Większość tępicieli wyruszała na łowy nocą, gdy szkarady zamieszkujące kanały i podziemia wychodziły na powierzchnię po zmroku.  I tak nikt tu nie przejmował się papierkową robotą.

– Masz  – usłyszał i  poczuł  ciężar na nogach. Otworzył oczy   i zobaczył zdechłego pełzacza, szczura albinosa wielkości małego psa i kobietę posiadającą  więcej  ostrych zębów niż krokodyl.

Zbliżał się już wieczór i Bernard miał ręce pełne roboty.   Jednak  nadal powracał myślami do tamtej dziewczyny. Forakil  wysłał mu wiadomość jakiś czas wcześnie. Ostrzegał, że  dziewczyna będzie miała obiekcje, choć nie spodziewał się aż takiego uporu. Ale wiedział, że dziewczyna zmieni zdanie. Była odważna i zdolna,  szkoda żeby się zmarnowała wykonując jakiś nudny zwyczajny zawód, albo przejadać rodzinną fortunę. Teraz jednak zaczynał się już martwić. Był już wieczór, ale Eleril nadal nie było. Zastanawiał się, czy nie posłać po Ragnara, ale wtem dziewczyna weszła do środka. Ze spuszczoną głową podeszła do karczmarza.

– Ja… ja się już namyśliłam.

Bernard z zadowoleniem skinął głową „Warto było kazać Takeowi ją okraść”

Koło czasem się toczy – przemyślenia o cyklu „Koło Czasu” Roberta Jordana.

„Koło Czasu” to POTĘŻNY cykl, którego ekranizację będziemy mogli niedługo zobaczyć. Czy warto jednak sięgnąć po lektórę? Oto moje przemyślenia po 5/8 tomie.

Walnę prosto z mostu, czytanie tego cyklu to doznanie z pogranicza guilty pleasure. Nie jest w jakiś oczywisty sposób zła, a pewna klasyczność mi nie przeszkadza, ale… Choć seria ma dobre momenty, to jest w trudny do ogarnięcia sposób zabawna, niezamierzenie zabawna. Może przez rozdźwięk pomiędzy poważnymi sprawami, jakimiś strasznie prozaicznymi przemyśleniami bohaterów, na swój sposób pociesznymi, ale wywołującymi straszny dysonans poznawczy.

Przede wszystkim, zanim sięgniecie po ten cykl, to musicie wiedzieć, że choć zaczyna się on jako niemal klon Tolkiena, to wyewoluował w coś innego. Najwięcej chyba wzięto z „Diuny” Herberta, w końcu mamy „wcale nie fremenów” i „wcale nie bene geserit”. Tylko Czerwi żal

Wydaje mi się, że pewne cykl wprowadził lub rozpopularyzował wiele motywów związanych z fantasy tolkienowskim. Najbardziej to widać po motywie wybrańca, którego u Tolkiena właściwie nie było, wręcz przeciwnie, to na barkach zwykłych ludzi leżała przyszłość. Tu mamy uproszczoną odmianę „Kwistach Haderach” z „Diuny”, z wieloma tego typu motywami. Więc jest sierotą, wychowanym przez wyjątkowego przybranego ojca, musi uciekać z rodzinnej wsi (która, o dziwo nie zostaje spalona doszczętnie), spotyka wielu nauczycieli (teoretycznie) i zakochuje się w księżniczce. To dosyć typowe motywy w literaturze heroicznej czy nawet w filmach jak „Gwiezdne Wojny”, ale zarówno u Tolkiena, w „Czarnej Kompani” czy całym nurcie Sword and Sorcery nie był zbyt zauważalny.

W ogóle trzeba przyznać, że mimo wszystko, Rand, główny bohater teoretycznie główny bohater całego cyklu, nie jest całkiem nudny i bezpłciowy, choć jest też uosobieniem wszystkich archetypicznych cech superfarmera tak lubianego przez twórców amerykańskiej fantastyki. Czasem przypomina postać  jakiegoś japońskiego haremowego anime, ale nadal jest dosyć sympatyczny, zwłaszcza gdy wychodzi z trybu martyrologicznego. To jednak dużo bardziej Luke Skywalker w wersji fantasy tylko bardzie naiwny i niewinny. Swego przeznaczenia nie akceptuje przez dobre cztery tomy, a nawet potem bywa bardzo zwyczajnym człowiekiem, takim „Bohaterem jak ty”. 

Rand przechodzi jednak, dosyć powolną przemianę z człowieka „Ale ja nie chcę” w „Ja nie chcę, ale muszę”. W pewnym momencie swym wahaniem i wątpliwościami przebija nawet Wokulskiego, którego uznaje za symbol czworowłosowania. Mimo wszystko, fajnie, że autor pamięta, że bycie herosem i bohaterem wieków nie jest fajne, a Rand nigdy bohaterem być nie chciał.

Z pozostałych postaci ważni się dwaj koledzy Randa: Mat i Perin, jego niedoszła wybranka Egwene, Harem Randa (Księżniczka Elayne, Wcaleniefremenka Aviendha i kelnerka-wróżbitka Min) oraz wioskowa uzdrowicielka Nynaeve. Potem stopniowo dochodzą kolejne postaci, z których niektóre dostają na stałe własne rozdziały, a inne pojawiają się tylko na chwilę, przy czym trudno znaleźć tu jakiś klucz.

Postaci poboczne, także są dosyć sympatyczne, mimo, że część z nich także funkcjonuje w trybie „nie chcem ale muszem” lub „kocham go, ale czy on kocha”  mnie?” co również jest irytujące, ale można się z pogodzić. Autor dosyć szybko zaczął ulepszać bohaterów, zwłaszcza trójkę „Ta’Veren”, dając im nowe moce. Ten zabieg jest widoczny najbardziej u mata, który nie tylko został obdarowany niewiarygodnym szczęściem, to jeszcze uzyskał dostęp do wspomnień z poprzednich żyć czyniących zeń jednego z najlepszych generałów w historii.  Zastanawia mnie, ile będzie jeszcze trwał ten wyścig zbrojeń, skoro Rand już potrafi zabijać wrogów setkami i teleportuje, a jestem dopiero na piątym tomie!

Zabawna jest pruderyjność książki. To, że nikt  nie sika i nie sra nie jest problemem, bo o tym aspekcie życia nie pamięta się w naprawdę wielu książkach, ale fakt, że tak samo nikt nie przeklina, nawet najgorsze szumowiny, potwory i mordercy mówią grzecznie a najgorsze słowo jakie wypowiedzą to „przeklęty!”.  Seks jest tu chyba największym kuriozum, bo tutaj pani „Papież-czarodziejka”, która pomiatała królami bulwersuje się widokiem tancerki w krótkiej spódnicy. Męska część bohaterów utraciła „dziewictwo” dopiero pod koniec piątego tomu (Perin właściwie pod koniec czwartego), żeńska swój „pierwszy raz”, ma jeszcze przed sobą.

Swoją drogą, jak czytam, to nieustannie bawi mnie myśl, ile niepotrzebnych scen erotycznych  wstawiłoby HBO. Nie jestem zresztą pewien czy autor nie trolował czasem czytelników dwuznacznymi aluzjami do związków damsko damskich i przyznam, że bardzo mnie ciekawi jak ten temat zostanie rozwinięty w serializacji.

Zabawny też był mroczny władca, który nawiedzał Rada w pierwszych tomach. Brzmiał jak parodia Dartha Vadera i naprawdę, miast być groźny, to wydawał się  być raczej komiczny. Szczególnie było to odczuwalne w zestawieniu z jego sługami, którzy byli jednak osobami dosyć  bystrym. Chyba nawet Jordan zdał sobie z tego sprawę i zabił go, jednocześnie informując, że to wcale nie był ten mroczny władca, tylko ktoś się zań podający.

Największą bolączką cyklu jest jego narastająca rozwlekłość. Bywa, że kilkadziesiąt stron autor poświęca na opis tego jak bohater idzie z jednego punktu do drugiego. Powiadam wam, czytając „Koło Czasu” zatęsknicie za pełnymi akcji rozdziałami Brienne z „Uczty dla Wron” czy Daenerys z „Tańca ze Smokami”. Czasami trudno wręcz opisać, co wydarzyło w całym tomie. Innym problemem, jest to, że powieść potrafi gwałtownie przyspieszać, Więc całą wyczekiwaną od dłuższego czasu bitwę otrzymujemy opisaną postfaktum, a długa i złożona intryga zostaje zakończona błyskawicznie i to na zasadzie „A pierdole, zajebie go”

Lubię wątki Saenchan i Białych Błaszczy. Przybyse z zachodu są tajemniczy, obcy i fanatyczni. Wydają się być wrogiem groźniejszym niż cała armia ciemności. Z kolei Białe Płaszcze są sympatycznie irytujący.

W sumie zastanawia mnie niska znajomość cyklu wśród fanów WHFRP. Troloki to niemal dosłownie realistyczniejsi zwierzoludzie, ugór to fajniejsze pustkowia chaosu, a sprzymierzeńcy ciemności są jak kultyści. Nawet „Aśki” dzielą się na barwy jak czarodzieje w warmłotku.

Przepraszam za nieco nieskładny tekst, ale mam moje odczucia względem cyklu też są nieskładne. Mimo wszystko, uważam, że czytanie koła czasu to trochę… marnowanie czasu, chyba tak najłatwiej to ująć.

Erpegizacja settingów

Czy zdarzyło wam się przenosić świat z książek lub filmów na system rpg??  Czy choć o tym myśleliście? Jak to jednak zrobić? I czy każdy świat się nadaje do grania?

Gry fabularne zawsze chciały przywołać na stół magiczne światy. Pierwotnie dedek dosyć dziwnie mieszał Howarda, Moorcoock’a i Tolkiena, dosyć szybko wypracowując swój własny, dosyć unikalny styl naśladowany przez pisarzy i twórców gier oraz filmów, a nawet Anime.

Chyba jednym z pierwszych erpegów bezpośrednio bazujących na literatury i jest chyba najdłużej wydawaną tego typu pozycją jest „Zew Cthulhu”. Do zewu jednak jeszcze później wrócimy. Powstało później oczywiście mnóstwo innych gier fabularnych, które przenosiły na papier te lub inne settingi. Rezultaty były różne, powstały nawet takie światy jak Dragonlance, gdzie nowele i podręczniki przeplatały tak, że trudno było je od siebie oderwać. To jednak z wyjątek, specyficzny  dla tamtej ery.

W dobie popularnych i łatwo dostępnych mechanik uniwersalnych właściwie każdy świat może pojawić się na sesji, ale czy każdy powinien?

Zacznijmy od wspomnianego już „Zewu Cthulhu”. To jest to bardzo ciekawy przypadek. Opowiadania Lovercrafta były dosyć schematyczne. Zawsze jakiś przypadkowy nieszczęśnik spotykał się z nieznanym czy też może raczej nieopisywalnym i bluźnierczym, po czym przeżywa traumę, po której  ten świat pozostaje na zawsze zamknięty, zazwyczaj w trumnie razem ze zwłokami pechowca. Jednak w erpegu gracze spotykają co i rusz kolejne wynaturzenia i ciągle niweczą spiski plugawych kultystów chcących przywołać lub obudzić przedwiecznych. Prawdę mówiąc, czasami badacze przypominali trenerów  pokemonów, którzy byli chcą „złapać” wszystkie istoty z mitów. Zazwyczaj w opowiadaniach Lovercrafta nie ma przygody, nawet najbardziej indianajonsowe (i ogólnie bardzo fajne) „W Górach Szaleństwa” to właściwie tylko spacer po ruinach, podczas którego poznajemy historię Starszych Istot. Na sesji wyglądałoby to jak mg czytający z kartki. Mało porywające, prawda? Jednak Mity stanowią bardzo dobrą podstawę do opowiadania wyjątkowych histrori mniej lub bardziej przygodowych. Przecież nawet Howardowski Conan czy Kane Wagnera spotykali istoty z mitów (lub straszniejsze jak w przypadku Krwawnika),  ale nie mają wiele wspólnego z typowym lovercraftnym wędrowaniem od dziwu do dziwu. Przygody takoż z reguły nie mają z tym schematem wiele wspólnego. Warto wspomnieć o takim Mimowym Tupelo, która nawet nie odwoływała się bezpośrednio do mitów, ale  nadal miała potencjał.

W przypadku Zewu mamy do czynienia z przeniesieniem pewnych motywów czy wątków bez naśladowania całych utworów. W przypadku Lovercrafta byłoby to zwyczajnie trudne, a niekiedy wręcz niewykonalne. Częściowo podobny los spotkał „Władcę Pierścieni”. Dzieło Tolkiena pojawia się w Erpegach raczej za pośrednictwem rekwizytów, czy czasem motywów fabularnych, ale nie licząc stosunkowo niewielu gier fabularnych osadzonych w Śródziemu, nie jest nie pojawia się często w grach fabularnych. „Dungeons and Dragons”, choć do pewnego stopnia wywodzi się z nurtu postolkienowskiego, to wypracowało własny styl, w wielu przypadkach skrajnie odmienny od tego, co było istotne „Władcy Pierścienia”.

Są i inne o wiele trudniejsze przypadki. Ostatnio czytam Koło Czasu i per se, świat z książki kompletnie nie nadaje się do przeniesienia na sesję, przynajmniej nie w epoce, w której się dzieją. Wszystkie wielkie wydarzenia mniej lub bardziej tyczą głównych bohaterów, którzy na dodatek rozwiązują wszystkie my tego świata. Nie ma tam miejsca dla graczy, chyba, że graliby na przykład w czasach historycznych, albo jako niewielki oddział ludzi z ziem granicznych walczących z hordami Trolloków, choć nawet to nie byłoby zbyt oryginalne i niewiele różniłoby się od tego, co gracze mogą robić w takim warmłotku.

Podobnie trochę jest z „Grą o Tron”. Tutaj wszystko opiera się na bohatera i tym, jak wikłają się ich losy. To to nie jest opowieść o „Intrygujących się rycerzach”, a o czymś więcej. Paradoksalnie setting jako taki jest tam mało ważny, moim zdaniem podobne efekty można uzyskać prowadząc w „umagicznionej średniowiecznej Europie”, która była przecież bardzo ciekawym settingiem do gry, wykorzystywanym w takich grach jak „Pendragon” czy „Ars Magica”. W tym wypadku raczej ważne jest odtworzenie stylu opowiadanej historii, niż granie w Westeros. Samo Westeros w książce jest zawieszone w epoce przełomu, ale jednocześnie wszystkie wielkie role już są obsadzone i jest miejsce tylko dla aktorów trzecioplanowych.


Ciekawy przypadek stanowi „Diuna”. Choć najważniejsze przełom we wydarzenia mają miejsce na tytułowej planecie, ale uniwersum jest przebogata i setki konfliktów mają miejsce w tle. Nawet Jihad Paula Atrydy nie zmienia tu aż tak wiele, jedynie umożliwia nowe przetasowanie. Bene-Geserit, mentaci, tarcze i cała reszta jest tym,  czym była. Diuna to opowieść o przeznaczeniu człowieka, ale też o renesansowych intrygach w kosmicznym otoczeniu.

Dosyć interesujący problem dotyczył „Legendy pięciu kręgów”, gdzie o losach świata bardzo długo decydowały wyniki turniejów, przez kontrola wydawców nad światem gry była ograniczona. Doprowadziło to do tego, że w pewnym momencie historia świata wyglądała tak: osiem wieków stagnacji i pięćdziesiąt lat coraz to nowych epickich konfliktów i zagład świata, aż samurajowie pewnie ze wzruszeniem ramion witali kolejną. Troszkę podobny los spotkał Warhammera, który spotkała Burza Chaosu, event dziwny i właściwie zapomniany nawet przez twórców.

Czy jednak jest jakiś uniwersalny sposób, aby przenieść setting na sesję? Nie ma. Sam prowadzę dwa setingi jeden to z Full Metal Alchemist: Brotherhood, a drugi z Awatar: Legenda Korry. Pierwszy powstał wokół tajemnicy tatuażu Rizy Hawkeye. Choć setnig uległ znacznemu rozbudowaniu, to główni bohaterowie oryginału mają tam znaczenie, ale nie przyćmiewają graczy. W drugim tylko dwie oryginalne postaci się pojawiły dwie, a wszystko dzieje się w wymyślonym mieście.

Czy więc warto tworzyć gry osadzone w zewnętrznych settingach, tak ale bywa to trudne. Najważniejsze jest, aby gracze mieli co robić, o czym często się zapomina. Warto czasem jednak o tym pomyśleć, bo efekty bywają zaskakująco ciekawe.

A gdy król odejdzie…

A gdy król odejdzie…

Prawo i Sprawiedliwość jest najważniejszą partią w Polsce, której żadna siła nie może się przeciwstawić. Opozycja jest słaba i skłócona, a poważnych wewnętrznych tarć praktycznie brak. Jednakże ta pozorna siła może w przyszłości okazać się największą słabością partii założonej przez Jarosława Kaczyńskiego.

 

Jest powiedzenie, że władza absolutna korumpuje absolutnie. Wbrew popularnym opinią, dyktatury i autorytarne reżymy rzadko zachowują przez dłuższy czas pełnię swej efektywności. Wynika to z różnych przyczyn, zadufania w sobie tyranów, ich nieelastyczności i niewielkiej zdolności do autorefleksji. Żeby daleko nie szukać, wystarczy popatrzeć na Rosję, która  mimo kilku lat koniunktury gospodarczej, pod rządami Władimira Putina  nadal nie wypracowała recepty na bolączki jakie ją trawią. Nie trzeba tu wspominać państw takich jak Korea Północna,  które byłby śmieszne, gdyby nie były tak straszne.

 

Jednak prawdziwy problem zaczyna się, gdy „dyktatora” zabraknie. Niejednemu analitykowi od spraw zagranicznych spędza sen z powiek wizja tego, co się stanie gdy Władimir Putin nie będzie już władał drugą potęgą nuklearną na świecie. Być może właśnie ów strach przed tym, czym się stanie Rosja bez niego sprawia, że przywódcy tak wielu mocarstw godzą się na jego skądinąd awanturniczą politykę.   Mamy dobre przykłady do czego może dojść, gdy w jakimś kraju zabraknie nagle tyrana, który przez wiele lat sprawował władzę żelazną ręką. Wystarczy popatrzeć na to tego doprowadził w Libii upadek  Muammara Kaddafiego, podobna sytuacja miała, albo raczej ma miejsce w Iraku pozbawionym Saddama. Tyran przekształca państwo tak, że nie może ono bez niego funkcjonować. Niewielu płacze po martwym dyktatorze, a jeszcze mniej walczy za obalonego władcę.  Jednakże tyran pozostawia po sobie próżnię, bowiem niszcząc wszelaką opozycję doprowadza do sytuacji w której unicestwione zostały wszelakie instytucje zdolne do sprawowania władzy.

 

Podobna sytuacja ma też miejsce w państwach demokratycznych naszego regionu. W krajach zachodu jakieś zalążki społeczeństwa obywatelskiego zaczęły się rodzić już we wczesnym średniowieczu, u nas jednak mieszczaństwo, które przecie było głównym nośnikiem idei demokratycznych, zanikło w dobie złotej wolności, która to została z kolei zdławiona przez zaborców. Nawet podczas tych dwudziestu lat wolności między wojnami nie potrafiliśmy dać przetrwać legalnie wybranej władzy dość długo, aby nowy ustrój mógł utrwalić w kraju. Po PRL obudziliśmy się w kraju pełnym cwaniaczków i domorosłych autokratów, co do niedawna całkiem dobrze oddawała  sytuację w parlamencie. Teraz jednak trochę się zmieniło.

 

W większości polskich partii politycznych nie było demokracji. Choć jeszcze w latach dziewięćdziesiątych były one, nie licząc może PSL i SLD, były zlepkiem raczej niewielkich ugrupowań, które łączyły na równi poglądy co chęć sprawowania władzy i umiłowanie przywilejów, to potem mieliśmy do czynienia raczej z potęgami skoncentrowanymi wokół silnego lidera. Tak było niemal od początku w PiS i w PO niedługo po jej założeniu. Trochę bardziej skomplikowana sytuacja panowała w SLD, ale i tam doszło do wszechwładzy Leszka Milera, co koniec końców doprowadziło do upadku tej partii. Platforma Obywatelska była niegdyś silna, ponieważ przewodził jej dosyć sprawny polityk jakim był Donald Tusk, który bardzo dobrze zarządzał swoim ugrupowaniem i potrafił kierować społeczeństwem aby wygrywać wybory. Gdy zastąpiła go Ewa Kopacz, zaczęły się problemy. Okazało się, że partia zbudowana wokół silnego przywódcy jakim był były szef PO, nie jest w stanie samodzielnie funkcjonować. To w gruncie rzeczy smutne jak mało trzeba, aby walki wewnętrzne i krótkowzroczne intrygi doprowadziły do tak strasznego upadku wielkiej i silnej organizacji. Grzegorz Schetyna nie wydaje się być osobą zdolną do zastąpienia Donalda Tuska, albo nawet Ewy Kopacz. Wyraźnie widać. Że nie ma on pomysłu na poprowadzenie partii i w porównaniu ze znacznie mniej do niedawna znanym i raczej nie tak zaprawionym w politycznych bojach Ryszardem Petru wydaje się być znacznie mniej aktywnym, wręcz biernym. .  Nie bez powodu powstają spekulacje o nieformalnym sojuszu między nim, a Jarosławem Kaczyńskim.

 

Czy taki los spotka Prawo i Sprawiedliwość? Jarosław Kaczyński niegdyś borykał się z wieloma konfliktem wewnątrz swego ugrupowania. Kilkakrotnie musiał sobie radzić z próbami utworzenia konkurencyjnej partii, powstałej z byłych posłów i działaczy PiS. Musiało być to trudne, nawet dla nieustępliwego i zdeterminowanego polityka jakim jest lider rządzącej partii. Na pewno i tak nieufnego człowieka uczyniło jeszcze bardziej podejrzliwym. Mimo wszystko, wyszedł z tych prób zwycięsko i na przekór głosów wielokrotnie sugerujących, że po tak licznych porażka powinien się wycofać z polityki, w 2015 zdobył władzę. Jednakże w nie tak dalekiej przyszłości może się okazać, że sukces prawa i sprawiedliwości jest tymczasowy. Jarosław Kaczyński ma już 67 lat, co czyniłoby zeń emeryta gdyby wykonywał inny zawód. Jako polityk i lider partii rządzącej  jest narażony na silny stres, a ten nie wpływa dobrze na zdrowie. Z drugiej strony patrząc na kondycję polityków na świecie, nie można być tego tak całkiem pewnym, najwyraźniej na niektórych presja sprawia wręcz, że dopiero wtedy czują, że żyją.   Niezależnie od wszystkiego, będzie musiał odejść i to prędzej niż później

 

Kto zastąpi Jarosława Kaczyńskiego, tego nie można całkiem przewidzieć, więc nie będę roztrząsał tego tematu. Pewnym jest jednak, że nie będzie miał on łatwego zadania, wręcz zupełnie odwrotnie. Prawo i Sprawiedliwość jest tworem całkowicie podporządkowanym swemu przywódcy, narzędziem wykonywania jego woli. Pozbawił swoich „podwładnych” jakiejkolwiek siły sprawczej, nawet prezydent i premier nie mają ochoty lub też możliwości przejawiania własnej inicjatywy. Otoczył się łagodną formą kultu jednostki, i dla wyborców Prawo i Sprawiedliwość oraz Jarosław Kaczyński to teraz niemal to samo.  Bez niego może przez jakiś czas będą popierać jego ugrupowanie, o ile na scenie politycznej nie pojawi się ktoś z bardziej im odpowiadającą ofertą. Co więcej, nie wiadomo, czy PiS przetrwa brak swego przywódcy. W tej partii jest wiele silnych osobowości, które tylko czekają na okazję, aby przejąć władzę. Być może wielu z nich odejdzie, inni będą toczyć walki wewnątrz partii. A jak wszyscy wiemy, wojny domowe są najbardziej niszczycielskie. Gdy tylko zaczną się walki wewnętrzne, to na jaw wyciągnięte zostaną wszelkie brudy i przewinienia. Wyborcy PiS’u dotychczas wierzący mocno w nieskazitelny wizerunek swej partii, z pogardą odnoszący się do tego, co przekazują nieprzychylne media.

 

Gdy król odchodzi, jego miejsce zajmuje następca. Lecz gdy następcy brak, albo nie jest on gotów objąć władzę powstaje próżnia, a świat nie znosi próżni. Jeśli wypełni ją ktoś o odpowiednich umiejętnościach to nie jest źle, gorzej gdy zrobi to jakaś miernota, o wybujałym ego. Nawet kiepska stabilność jest lepsza od chaosu. Niestety,  bardzo często silny przywódca niczym drzewo o rozłożystych konarach tłumi rozrost mniejszych roślin, tak więc gdy upadnie w końcu powalone przez grom lub próchnicę, wokół niego wyrosną jedynie źdźbła trawy.